Otworzyła buzie i zaraz ją zajęła, bo to w sumie było bardzo trafne pytanie i jakoś do tej pory nie brała pod uwagę, że ktoś nienormalny akurat mógłby się znaleźć. Potrząsnęła wreszcie głową, trochę urażona że jak to tak można było jej sugerować, ze miewała nienormalnych znajomych. Nie to, żeby sama posiadała jakiekolwiek wątpliwości co do tego, jakiż to element czaił się dookoła niej i na Śmiertelnym Nokturnie. Niestety, tutaj nie było zbyt dużego pola do manewru, ale to już nie była jej wina, że ktoś postanowił rodzinny biznes prowadzić piętro niżej od alei czarnoksiężników, a on chciała być bliziutko.
Ostatnia koperta zjadła sama siebie i zapanowała dookoła cisza, podczas której Rosie bała się niemal oddychać. Tak jakby zaczerpnięcie powietrza miało sprowokować strzępki magii i na nowo powołać je do życia. Przez dłuższą chwilę więc, wodziła tylko spojrzeniem zielonkawych oczu, od babci, która właśnie pomstowała na swój krzyż, do tego co działo się na podłodze. Cała zasypana była resztkami korespondencji. Koperty, kartki na których zapisane zostały nieznajome słowa, a do tego sowie pióra ptaków, które próbowały dobić się przez już zamknięte okna.
— Po pierwsze, nie wyrzucała żadnych dzieci, przyrzekam — wyprostowała się, przetrzepując materiał sukienki. Dla porządku. — Po drugie, tak mi się babciu wydaje, że to jednak nie jest chiński. Ja się ich zdążyłam nasłuchać i one jednak inaczej gadają. To… to jest jednak co innego. I one wcale nie są moje? — obruszyła się nieco. — A może to nie ja tu jestem winna, tylko w Zamtuzie coś się ostatnio stało, co? I ja teraz stałam się celem tych ataków, żeby zrobić całej rodzinie na złość? A co jeśli to tylko początek i zaraz sypnie się na nas wszystkich lawina skurwyjcowa?
sort of horror