05.07.2026, 15:49 ✶
Ktoś, kto w ten sposób mówił o śmierci, równie dobrze mógłby już być martwym. Zdrowe życie powinno walczyć o siebie, dopominać się swego, protestować. Lazarus był zatrważająco pusty. I jakże miała jego kondycję poprawić wizyta w Lecznicy Dusz, gdzie jedynie pacjenta sterylizowali z organicznego człowieczeństwa, zastępując je magicznymi zabiegami? Człowiek zmartwiały poprawnie odrosnąć mógł jedynie na łonie Natury i Wiary.
Ze smutkiem więc Helloise spoglądała na to nieszczęsne stworzenie, jakim był Lazarus Lovegood. Jeśli w rzeczy samej z istotą tą tak źle było, jak źle wyglądała, powinno się jej pozwolić odzyskać spokój i odejść.
— Zima to zły czas na śmierć — zauważyła stojąca nad kociołkiem czarownica. — Ziemia jest bardzo twarda i niechętnie przyjmuje człowieka. — Powinien poczekać z drugą próbą do wiosny, aż ziemia odtaje i znów będzie chętnie trawić w swoich miękkich trzewiach.
Helloise nalała obojgu po kubku grzanego wina i jeden z nich postawiła przed rannym Lovegoodem.
Przed kilku tygodni po raz pierwszy ujrzała go i leczył wówczas pod bandażami na rękach dotkliwe skaleczenia; teraz patrzyła, jak krew cieknie z jego pociętych nóg. Przeszło jej przez myśl, czy jeśli nie zainterweniuje, spełni się jego marzenie i odejdzie na podłodze jej domu, lecz rany były na to zbyt płytkie.
— Tu mieszkam — odpowiedziała, po czym stuknęła obcasem skórzanego kozaka w deski drewnianej podłogi, a chata na kurzej stopie zatrzęsła się służalczo pod butem swojej pani. — Lepiej tu niż w Lecznicy — ciągnęła, nie dopuszczając nawet innej możliwości. — Powinieneś zdjąć spodnie i pozwolić to opatrzyć. — Wskazała rozcięcia na nogach mężczyzny.
Emanująca leniwym spokojem czarownica usiadła na krześle przy tym samym ogniu, przy którym rozłożył się Lazarus i sączyła powoli wino wybornie korzenne i rozgrzewające, zostawiające na wargach sinoczerwony ślad. Obracała kubek w dłoniach mrozem do krwi pokruszonych, a bystrymi oczyma oglądała Lazarusa. Z troskliwą ciekawością wypatrywała jego kolejnych kroków, jakby był dzikim zwierzęciem, które trafiło przypadkiem do jej chaty, aby się chronić przed zimową zawieją. Lecz nie trafił tu przypadkiem — zagoniła go. Był jej już w momencie, gdy zdecydował się zapuścić do lasu, gdy oddalił się od ludzkich siedzib i nadzoru Lecznicy. Helloise czuła satysfakcję myśliwego, który zastał pełne wnyki i odcinał właśnie ofiarę. Nie interesowała jej jednak konsumpcja Lovegooda; ona chciała mu jedynie pomóc.
Spojrzała na zegar stojący w półmroku korytarza prowadzącego w głąb chaty. Sprawdzała, czy to aby już nie północ. Wskazówki zdradzały, iż mieli jeszcze czas.
— Na co masz głód?
Ze smutkiem więc Helloise spoglądała na to nieszczęsne stworzenie, jakim był Lazarus Lovegood. Jeśli w rzeczy samej z istotą tą tak źle było, jak źle wyglądała, powinno się jej pozwolić odzyskać spokój i odejść.
— Zima to zły czas na śmierć — zauważyła stojąca nad kociołkiem czarownica. — Ziemia jest bardzo twarda i niechętnie przyjmuje człowieka. — Powinien poczekać z drugą próbą do wiosny, aż ziemia odtaje i znów będzie chętnie trawić w swoich miękkich trzewiach.
Helloise nalała obojgu po kubku grzanego wina i jeden z nich postawiła przed rannym Lovegoodem.
Przed kilku tygodni po raz pierwszy ujrzała go i leczył wówczas pod bandażami na rękach dotkliwe skaleczenia; teraz patrzyła, jak krew cieknie z jego pociętych nóg. Przeszło jej przez myśl, czy jeśli nie zainterweniuje, spełni się jego marzenie i odejdzie na podłodze jej domu, lecz rany były na to zbyt płytkie.
— Tu mieszkam — odpowiedziała, po czym stuknęła obcasem skórzanego kozaka w deski drewnianej podłogi, a chata na kurzej stopie zatrzęsła się służalczo pod butem swojej pani. — Lepiej tu niż w Lecznicy — ciągnęła, nie dopuszczając nawet innej możliwości. — Powinieneś zdjąć spodnie i pozwolić to opatrzyć. — Wskazała rozcięcia na nogach mężczyzny.
Emanująca leniwym spokojem czarownica usiadła na krześle przy tym samym ogniu, przy którym rozłożył się Lazarus i sączyła powoli wino wybornie korzenne i rozgrzewające, zostawiające na wargach sinoczerwony ślad. Obracała kubek w dłoniach mrozem do krwi pokruszonych, a bystrymi oczyma oglądała Lazarusa. Z troskliwą ciekawością wypatrywała jego kolejnych kroków, jakby był dzikim zwierzęciem, które trafiło przypadkiem do jej chaty, aby się chronić przed zimową zawieją. Lecz nie trafił tu przypadkiem — zagoniła go. Był jej już w momencie, gdy zdecydował się zapuścić do lasu, gdy oddalił się od ludzkich siedzib i nadzoru Lecznicy. Helloise czuła satysfakcję myśliwego, który zastał pełne wnyki i odcinał właśnie ofiarę. Nie interesowała jej jednak konsumpcja Lovegooda; ona chciała mu jedynie pomóc.
Spojrzała na zegar stojący w półmroku korytarza prowadzącego w głąb chaty. Sprawdzała, czy to aby już nie północ. Wskazówki zdradzały, iż mieli jeszcze czas.
— Na co masz głód?
dotknij trawy