Przez kilka dni od tamtego balu od czasu do czasu wracał myślami do ich rozmowy. Interesowało go to, czy Astoria znajdzie w sobie wystarczająco odwagi, by ponownie otworzyć drzwi, które uchylił przed nią tamtej nocy. Maskarada sprzyjała śmiałości. Zabawa i odrobina alkoholu, wyciągały z ludzi odwagę ponad ich zwyczajowy standard. Codzienność była znacznie mniej romantyczna. W codzienności płomienne postanowienia zderzały się z obowiązkami, wygodą i zdrowym rozsądkiem. Właśnie dlatego tak wiele wzniosłych deklaracji umierało jeszcze przed pierwszym śniadaniem. Nie miałby jej tego za złe. Przynajmniej nie otwarcie. Byłby jednak rozczarowany jej tchórzostwem wobec własnej ciekawości. Dlatego, kiedy w jego dłoniach znalazł się list opatrzony jej podpisem, kącik ust uniósł mu się jeszcze zanim przeczytał pierwsze zdanie. Malutki triumf i ciche zadowolenie czarodzieja, którego przypuszczenia po raz kolejny okazały się trafne. Nie dociekał co ostatecznie skłoniło ją do tej decyzji, najważniejsze, że nie zaniechała tematu. Louvain nie wierzył, by chłodna analiza kiedykolwiek zaprowadziła kogokolwiek aż do Little Hangleton. Za podobnymi decyzjami zawsze kryło się coś więcej. Odrobina ciekawości i ambicji to jednak zawsze dobry początek. Reszta mogła wydarzyć się sama. A ścieżki prowadzące do najważniejszych miejsc coraz częściej mogły być usłane pięknymi słowami.
Kiedy Astoria przekroczyła próg jego domu, przyjął ją z uprzejmą powściągliwością, którA dobrze wiedziała, gdzie kończy się gościnność, a zaczyna własne terytorium. Skinieniem dłoni zaprosił ją do środka, uprzedzając skrzata, który pojawił się niemal natychmiast, gotów odebrać okrycie i zadbać o wszystko, czego mogła potrzebować. Na pierwszy rzut oka łatwo było zauważyć, że posiadłość nie żyła rytmem wielkich rodowych posiadłości. Żadnych odgłosów służby, nie sprawiała wrażenia miejsca, przez które nieustannie przewijali się domownicy. - To dla mnie przyjemność. Na jej podziękowanie odpowiedział bez cienia zwłoki, jakby podobna uprzejmość należała do rzeczy całkowicie oczywistych. Oprócz Louvaina był tu tylko jeden skrzat. I nawet on nie należał do tego domu. Okazjonalnie wypożyczany z Maida Vale, pojawiał się wyłącznie wtedy, gdy wymagała tego sytuacja. Na co dzień Louvain nie potrzebował nikogo więcej. Zbyt wiele sekretów zdążyło przewinąć się przez te ściany, by pozwalać sobie na nadmiar cudzych oczu i uszu. Samotność była więc nie tylko kaprysem ale i środkiem ostrożności. W tym domu niemal wszystko mogło zostać zastąpione. Z wyjątkiem dyskrecji. Ta pozostawała wartością, której Louvain nie zamierzał oddawać nikomu. Jego spojrzenie zatrzymało się na smoczogniku dopiero po kilku chwilach. Westchnął niemal niezauważalnie. Łuskowate gadziny wyjątkowo przestały ostatnio należeć do jego ulubionych stworzeń. Im dłużej obracał się w ich towarzystwie, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że natura niepotrzebnie obdarzyła je aż tak dużą pewnością siebie. Na szczęście ten egzemplarz zdawał się stanowić rzadki wyjątek. Wiedział gdzie jego miejsce i siedział tam, gdzie powinien.
Jej uwaga zaskoczyła go bardziej, niż zamierzał okazać. Spojrzał na wskazane płótno, a potem powiódł wzrokiem po pozostałych obrazach, zestawiając je ze sobą z uwagą, której sam nie poświęcał im od dłuższego czasu. Po chwili musiał przyznać jej rację. Bez cienia zawahania uniósł różdżkę. Jedno krótkie zaklęcie wystarczyło, by obraz oderwał się od ściany i zawisł w powietrzu. Nie oglądali go długo. Kolejny ruch nadgarstka był równie oszczędny. Płótno wraz z ramą pękło z suchym trzaskiem dokładnie na dwie części. Nie pozwolił mu nawet opaść na posadzkę. Następne machnięcie różdżki posłało obie połówki prosto w rozpalony kominek. Płomienie przyjęły je z zachłannością. Olejna farba zasyczała, werniks zapachniał gorzką spalenizną. Obraz wyszedł spod pędzla Loretty. To wystarczało. Nie zamierzał pozwolić, by cokolwiek noszącego ślad jego siostry nadal wisiało na ścianach tego domu. - Rzeczywiście. Raził.
Prezent przyjął z uprzejmym skinieniem głowy, choć whisky od dawna nie należała do trunków, po które sięgał z własnej woli. Tym razem nie miało to jednak większego znaczenia. Sięgnął po butelkę, odkręcił ją i spokojnym ruchem rozlał bursztynowy alkohol do dwóch ciężkich szklanek, jakby uznał, że skoro rozmowa zapowiada się wystarczająco gorzko, oboje równie dobrze mogą zanurzyć w tej goryczy również podniebienia. Słuchał jej w milczeniu. Ani na moment nie przerywał, pozwalając, by kolejne słowa wybrzmiały do końca. Włożył przy tym zaskakująco wiele wysiłku, by nie pozwolić kącikom ust unieść się w ten charakterystyczny, niemal szatański uśmiech, który zwykle pojawiał się zawsze wtedy, gdy ktoś próbował wyznaczać mu granice. - Oczywiście. Tylko tyle. Nie zamierzał podporządkowywać się jej oczekiwaniom w kwestii prowadzenia własnych relacji. Imienia Astorii użył tamtego wieczoru całkowicie świadomie, doskonale rozumiejąc, jaki efekt wywoła. Wiedział aż nazbyt dobrze, że Desideria nigdy nie przepracowała przeszłości związanej z nimi obojgiem. Fakt, że przed laty wybrał Astorię zamiast niej, pozostawał niezabliźnioną raną, wystarczyło więc lekko nacisnąć w odpowiednim miejscu, by odezwał się stary ból. Nie odczuwał z tego powodu wyrzutów sumienia. W jego oczach był to jedynie kolejny ruch wykonany z pełną świadomością konsekwencji. Mimo to nie widział żadnego powodu, by wdawać się z Astorią w spór właśnie o to. Jeżeli zależało jej na podobnym zapewnieniu, mogła je otrzymać. Nie dlatego, że ktoś wymógł je na nim stanowczością, lecz dlatego, że uznał je za całkowicie nieistotne wobec spraw, o których mieli za chwilę rozmawiać. Przez chwilę nie odpowiedział. Zamiast tego powoli zakręcił szklanką, pozwalając bursztynowej whisky zatoczyć leniwy krąg po grubym dnie. W ciszy było coś przewrotnego. Astoria przyszła tutaj właśnie po to, by się jej pozbyć. Prawdę mówiąc, odbierała mu jedną z ulubionych zabawek. Znacznie bardziej cenił rozmowy, które można było prowadzić półsłówkami, ironią i prowokacją. W takim tańcu sam dochodził do właściwych wniosków i nie musiał wykładać wszystkich kart na stół. - Jeśli taka jest twoja wola i zamierzasz zamordować nas nudą… - Ironia miękko rozlała się po jego głosie - będę wyjątkowo uczciwym trupem. Mimo wszystko nie zamierzał dopuścić do tego, by była to transakcja jednostronna. Szczerość, zwłaszcza ta naprawdę niewygodna, nigdy nie powinna płynąć wyłącznie w jedną stronę. Zbyt dobrze znał wartość informacji, by rozdawać je za darmo, nawet komuś, kogo znał dłużej od własnej brutalności. Spojrzał na nią uważnie, pozwalając, by przez krótką chwilę jego spojrzenie nie było okraszone żadną ironią lub sarkastycznym tonem. - Ja również chcę od ciebie odrobiny szczerości. Odłożył szklankę na blat z cichym stuknięciem. - Pytanie za pytanie? Wybrzmiało to jak propozycja, choć w rzeczywistości było jedynym warunkiem, jaki zamierzał postawić. Ustąpił już w kwestii tonu rozmowy, zgodził się porzucić ulubioną grę półsłówek i odsłonić więcej, niż zwykle pozwalał komukolwiek zobaczyć. Oczekiwał więc tylko tego jednego.