05.07.2026, 23:45 ✶
Dom był cichy, pachniał drewnem i ciepłem, i chociaż za oknami wciąż szumiała jesienna ulewa, dopiero tutaj poczułem, jak bardzo brakowało mi takiego zwyczajnego końca dnia, bez pośpiechu, bez zagrożeń, bez oglądania się przez ramię, z samą świadomością, że byliśmy już u siebie i żadne z nas nie musiało niczego nikomu udowadniać. No, może poza sobą nawzajem… Dzisiejszy wieczór mógł wreszcie należeć tylko do nas, jego przebieg był wyłącznie kwestią naszych negocjacji, o których rozmawialiśmy jeszcze chwilę wcześniej na ulicy. Zsunąłem buta z nogi i odstawiłem go obok drugiego, żeby nie roznosić wody dalej po domu, po czym przez krótką chwilę przyglądałem się śladom, które zostawiliśmy za sobą, doszedłszy do prostego wniosku, że naprawdę nie potrafiliśmy wrócić do domu w zwyczajny sposób. Spojrzałem na kałużę, która zdążyła zebrać się pod nami - nie była jeszcze imponujących rozmiarów, ale jeśli oboje postanowilibyśmy jeszcze chwilę tu postać w mokrych ubraniach, mogłaby zacząć konkurować z niejednym londyńskim stawem. Gdyby się tak zastanowić, scenariusz z błotoryjami nie był aż tak abstrakcyjny…
- Skąd właściwie wiesz, sze są takie niepszyjemne w obyciu? - Rzuciłem, śląc jej lekko prowokacyjne spojrzenie. - Jeszcze się okasze, sze wystalszy je legulalnie kalmiś i mówiś do nich miłym głosem, i będą najlepszymi domownikami. - Naprawdę starałem się utrzymać powagę, szczególnie że mieliśmy już przecież doświadczenie w snuciu absurdalnych historii, nie mogłem tak łatwo porzucić pokerowej twarzy.
Spojrzałem jeszcze raz na mokrą podłogę, potem na nią, po czym bez większego oporu wzruszyłem ramionami - deszcz i tak zrobił już swoje - miałem wrażenie, że gdybyśmy teraz zaczęli przejmować się każdą kroplą wody, to do rana nie wyszlibyśmy z przedpokoju. Nawet nie próbowałem udawać, że zabiorę się teraz za sprzątanie, znałem siebie zbyt dobrze, a chociaż po pracy, spacerze w deszczu i wyjątkowo osobliwej próbie odebrania własnej żony z Ministerstwa miałem ochotę zrobić wiele rzeczy, latanie ze ścierką lub mopem zdecydowanie nie znajdowało się na tej liście. Cały dzień biłem się z myślą, żeby wreszcie znaleźć się z nią w domu, a kiedy już to się udało, sprzątanie zajmowało ostatnie miejsce na liście moich priorytetów, choćby nawet w konsekwencji mieli nam się tu zalęgnąć niechciani lokatorzy.
- Jestem całkowicie za. - Skinąłem głową od razu. Sam byłem zmęczony, nie tyle fizycznie, bo do tego zdążyłem się przyzwyczaić, ile zwyczajnie miałem dość wszystkiego, co wydarzyło się przez ten cały czas, zdecydowanie wystarczyło nam nagłych emocji jak na kilka dni, teraz marzyło mi się spędzić resztę czasu na czymś znacznie przyjemniejszym. Właściwie otwierałem już usta, by to skomentować, i…
Poczułem na sobie jej spojrzenie, zanim jeszcze odezwała się w temacie czegokolwiek, co byłoby związane z wydarzeniami sprzed paru minut, znałem je już na tyle dobrze, że nie musiałem nawet podnosić głowy - po prostu czułem, iż oglądała mnie dokładnie w ten swój charakterystyczny sposób, bez pośpiechu, wychwytując wszystko, co mogło odbiegać od normy. Gdyby nie wiedzieć, że była z zawodu uzdrowicielką, można byłoby uznać, że po prostu się gapiła, ja jednak wiedziałem, że właśnie robiła w głowie szczegółowy przegląd techniczny mojego stanu zdrowia, pewnie zastanawiając się, czy przypadkiem nie przeoczyła czegoś, co sama przed kilkunastoma minutami mi zafundowała. „Cholera. Naprawdę musieliśmy to robić?” Nie patrzyła na mnie jak żona, tylko jak medyczka, która odruchowo oceniała stan pacjenta. Westchnąłem pod nosem i rozłożyłem ręce, nie mogąc darować sobie teatralnego półobrotu.
- No? Wszystko się zgadza? Nic nie odpadło? - Odezwałem się jednocześnie z krzywym półuśmiechem, kończąc ruch oparciem się ramieniem o pobliską framugę drzwi, gdyż może - być może - odrobinę straciłem równowagę na kałuży mojego własnego autorstwa. To zdecydowanie nie był mój dzień. - Moszesz jusz zamknąś kaltę pacjenta? - Uniosłem wyżej brew. - Chyba będziesz musiała pogodziś się s tym, sze jestem balsiej wytszymały, nisz zakładałaś. - Rzuciłem, zerkając na nią znacząco, w końcu doskonale pamiętałem jej wcześniejsze przepowiednie dotyczące najróżniejszych kolorów i katastrofalnych konsekwencji. Wiedziałem, że specjalnie próbowała mnie wcześniej nastraszyć, dlatego teraz z satysfakcją odbierałem jej ten argument.
- Skąd właściwie wiesz, sze są takie niepszyjemne w obyciu? - Rzuciłem, śląc jej lekko prowokacyjne spojrzenie. - Jeszcze się okasze, sze wystalszy je legulalnie kalmiś i mówiś do nich miłym głosem, i będą najlepszymi domownikami. - Naprawdę starałem się utrzymać powagę, szczególnie że mieliśmy już przecież doświadczenie w snuciu absurdalnych historii, nie mogłem tak łatwo porzucić pokerowej twarzy.
Spojrzałem jeszcze raz na mokrą podłogę, potem na nią, po czym bez większego oporu wzruszyłem ramionami - deszcz i tak zrobił już swoje - miałem wrażenie, że gdybyśmy teraz zaczęli przejmować się każdą kroplą wody, to do rana nie wyszlibyśmy z przedpokoju. Nawet nie próbowałem udawać, że zabiorę się teraz za sprzątanie, znałem siebie zbyt dobrze, a chociaż po pracy, spacerze w deszczu i wyjątkowo osobliwej próbie odebrania własnej żony z Ministerstwa miałem ochotę zrobić wiele rzeczy, latanie ze ścierką lub mopem zdecydowanie nie znajdowało się na tej liście. Cały dzień biłem się z myślą, żeby wreszcie znaleźć się z nią w domu, a kiedy już to się udało, sprzątanie zajmowało ostatnie miejsce na liście moich priorytetów, choćby nawet w konsekwencji mieli nam się tu zalęgnąć niechciani lokatorzy.
- Jestem całkowicie za. - Skinąłem głową od razu. Sam byłem zmęczony, nie tyle fizycznie, bo do tego zdążyłem się przyzwyczaić, ile zwyczajnie miałem dość wszystkiego, co wydarzyło się przez ten cały czas, zdecydowanie wystarczyło nam nagłych emocji jak na kilka dni, teraz marzyło mi się spędzić resztę czasu na czymś znacznie przyjemniejszym. Właściwie otwierałem już usta, by to skomentować, i…
Poczułem na sobie jej spojrzenie, zanim jeszcze odezwała się w temacie czegokolwiek, co byłoby związane z wydarzeniami sprzed paru minut, znałem je już na tyle dobrze, że nie musiałem nawet podnosić głowy - po prostu czułem, iż oglądała mnie dokładnie w ten swój charakterystyczny sposób, bez pośpiechu, wychwytując wszystko, co mogło odbiegać od normy. Gdyby nie wiedzieć, że była z zawodu uzdrowicielką, można byłoby uznać, że po prostu się gapiła, ja jednak wiedziałem, że właśnie robiła w głowie szczegółowy przegląd techniczny mojego stanu zdrowia, pewnie zastanawiając się, czy przypadkiem nie przeoczyła czegoś, co sama przed kilkunastoma minutami mi zafundowała. „Cholera. Naprawdę musieliśmy to robić?” Nie patrzyła na mnie jak żona, tylko jak medyczka, która odruchowo oceniała stan pacjenta. Westchnąłem pod nosem i rozłożyłem ręce, nie mogąc darować sobie teatralnego półobrotu.
- No? Wszystko się zgadza? Nic nie odpadło? - Odezwałem się jednocześnie z krzywym półuśmiechem, kończąc ruch oparciem się ramieniem o pobliską framugę drzwi, gdyż może - być może - odrobinę straciłem równowagę na kałuży mojego własnego autorstwa. To zdecydowanie nie był mój dzień. - Moszesz jusz zamknąś kaltę pacjenta? - Uniosłem wyżej brew. - Chyba będziesz musiała pogodziś się s tym, sze jestem balsiej wytszymały, nisz zakładałaś. - Rzuciłem, zerkając na nią znacząco, w końcu doskonale pamiętałem jej wcześniejsze przepowiednie dotyczące najróżniejszych kolorów i katastrofalnych konsekwencji. Wiedziałem, że specjalnie próbowała mnie wcześniej nastraszyć, dlatego teraz z satysfakcją odbierałem jej ten argument.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)