07.07.2026, 15:31 ✶
Gdy przed kilkoma latami Seisyll po raz pierwszy pokazał jej mroczny znak na swoim przedramieniu, Helloise miała opinię idealistycznie skrajną — nie dla ciebie jest służba pod jakimkolwiek ludzkim panem. Szarpała ją niezgoda i rozczarowanie, z radością przyjęłaby w tamtych dniach pełne zwątpienia wyznanie brata. Gdy je teraz wreszcie usłyszała… nie poczuła nic. Ocena jego błędnych decyzji nie miała już znaczenia, gdy siedzieli pośród dzieła niszczycielskiego chaosu, którego jednym z filarów byli Seisyll i pozostali zaangażowani krewni.
— Ty mu to wszystko dałeś — powiedziała chłodno, choć nie do brata nabierała dystansu, lecz do tego przygnębiającego stwierdzenia. — Ty i ci wszyscy, którzy w tym byli od początku. Bez was nigdy nie dotarłby tak daleko. — Wytrącona z równowagi przyroda, mroczne szaty i bezosobowe zimne maski były tak odległe temu, jak Helloise wyobrażałaby sobie rewolucję. Nigdy nie widziała czerni w swoich snach o lepszym świecie. Jeśli pojawiała się w nich przemoc, pachniała rumianą krwią i brunatną ziemią. — Mamy cel mimo Czarnego Pana. Nie oszalejesz… — Zawahała się, bo nie zwykła składać obietnic bez pokrycia, a taka właśnie kwitła na jej ustach: — Nie zginiesz za niego. — Może to nie była obietnica, a życzenie, choć nie brzmiało wcale jak prośba, a warunek stawiany światu. Może to było zaklęcie, które Helloise potrzebowała wypowiedzieć głośno, aby nadać mu moc. Objęła Seisylla ramionami, wtulając się w niego z zaciętą determinacją zatrzymania przy sobie jego duszy, umysłu i życia. — Co pozostało? — westchnęła gorzko, opierając policzek na barku brata. — Wziąłeś udział w stworzeniu tego dzieła, należą ci się owoce z tego drzewa. Może uda się wybrać takie, które nie są całkiem zgniłe.
Wstali wreszcie, choć w pierwszej chwili zakręciło jej się w głowie z ogólnej słabości. Kobieta spojrzała raz jeszcze na nieporządek, który pozostał po jej obsesji. Czuła, że odcięła się wreszcie od niego. Obecność Seisylla pomogła jej odbudować ducha, który nawet jeśli niezłomny, to bywał sfatygowany. Helloise szła po swoje, choćby w miejscu wyjściowego zapału już dawno ziała pustka, lecz potrzebowała od czasu do czasu mieć obok siebie dobrą, wspierającą obecność. Zachowując dumę, nie rościła sobie do rodzinnego ciepła prawa, odkąd niektórzy jej go odmówili, lecz od Seisylla nie musiała przecież nigdy miłości wymuszać. Nie warunkowali jej sobie.
Aby odciągnąć myśli od powracania do bolesnego tematu, czarownica znalazła dla nich inny punkt zaczepienia:
— Czy tobie nic nie jest? — Zmierzyła brata wzrokiem z góry na dół, wypatrując znaku tego, że mógł podczas ataków ucierpieć. — Byłeś na ich spotkaniu pod koniec nocy? — zainteresowała się, retrospektywnie próbując upiornej zbieraninie czarnoksiężników z Ataraxii ponadawać ludzkie twarze.
Stojące przed nimi zadanie wciąż ją przytłaczało, szczególnie gdy myślała o tym, że wymiana okien nie usunie od razu z wnętrza zebranej przez tych kilka dni lepkiej wilgoci. Nie napawało jej to wcale entuzjazmem ani energicznymi chęciami do działania. O wiele wolałaby położyć się i w otępieniu przeleżeć pod stosem pierzyn miesiące brakujące do początku wiosny, licząc na uzdrawiający cud ciepłej pory. Lecz była to wizja poddania się, a tego nie cierpiała.
— Ach, weź tego smoczognika. Jeszcze dorobi nam pracy, jeśli się pokaleczy — zatroskała się, krzesając z siebie wreszcie siły do wykazania inicjatywy i ruszenia naprzód. — Nie mam chyba niczego, czym bym mogła go poczęstować, ale na pewno coś sobie sam znajdzie, jeśli go najdzie na polowanie. — Podeszła do okna, które zwiedzał smok, aby rzucić okiem na smętnie nadwęglone framugi. — Schodź — poleciła gadzinie, po czym kontynuowała, skupiając się wyłącznie na potoku bezpiecznych, praktycznych myśli: — Wszystko będzie do zdjęcia. Łut szczęścia, że mam materiał. Była u mnie parę dni przed tym wszystkim Mona. Chciała, żebym stworzyła mebel do jej mieszkania. To drewno powinno się nadać, a ona będzie musiała mi wybaczyć.
— Ty mu to wszystko dałeś — powiedziała chłodno, choć nie do brata nabierała dystansu, lecz do tego przygnębiającego stwierdzenia. — Ty i ci wszyscy, którzy w tym byli od początku. Bez was nigdy nie dotarłby tak daleko. — Wytrącona z równowagi przyroda, mroczne szaty i bezosobowe zimne maski były tak odległe temu, jak Helloise wyobrażałaby sobie rewolucję. Nigdy nie widziała czerni w swoich snach o lepszym świecie. Jeśli pojawiała się w nich przemoc, pachniała rumianą krwią i brunatną ziemią. — Mamy cel mimo Czarnego Pana. Nie oszalejesz… — Zawahała się, bo nie zwykła składać obietnic bez pokrycia, a taka właśnie kwitła na jej ustach: — Nie zginiesz za niego. — Może to nie była obietnica, a życzenie, choć nie brzmiało wcale jak prośba, a warunek stawiany światu. Może to było zaklęcie, które Helloise potrzebowała wypowiedzieć głośno, aby nadać mu moc. Objęła Seisylla ramionami, wtulając się w niego z zaciętą determinacją zatrzymania przy sobie jego duszy, umysłu i życia. — Co pozostało? — westchnęła gorzko, opierając policzek na barku brata. — Wziąłeś udział w stworzeniu tego dzieła, należą ci się owoce z tego drzewa. Może uda się wybrać takie, które nie są całkiem zgniłe.
Wstali wreszcie, choć w pierwszej chwili zakręciło jej się w głowie z ogólnej słabości. Kobieta spojrzała raz jeszcze na nieporządek, który pozostał po jej obsesji. Czuła, że odcięła się wreszcie od niego. Obecność Seisylla pomogła jej odbudować ducha, który nawet jeśli niezłomny, to bywał sfatygowany. Helloise szła po swoje, choćby w miejscu wyjściowego zapału już dawno ziała pustka, lecz potrzebowała od czasu do czasu mieć obok siebie dobrą, wspierającą obecność. Zachowując dumę, nie rościła sobie do rodzinnego ciepła prawa, odkąd niektórzy jej go odmówili, lecz od Seisylla nie musiała przecież nigdy miłości wymuszać. Nie warunkowali jej sobie.
Aby odciągnąć myśli od powracania do bolesnego tematu, czarownica znalazła dla nich inny punkt zaczepienia:
— Czy tobie nic nie jest? — Zmierzyła brata wzrokiem z góry na dół, wypatrując znaku tego, że mógł podczas ataków ucierpieć. — Byłeś na ich spotkaniu pod koniec nocy? — zainteresowała się, retrospektywnie próbując upiornej zbieraninie czarnoksiężników z Ataraxii ponadawać ludzkie twarze.
Stojące przed nimi zadanie wciąż ją przytłaczało, szczególnie gdy myślała o tym, że wymiana okien nie usunie od razu z wnętrza zebranej przez tych kilka dni lepkiej wilgoci. Nie napawało jej to wcale entuzjazmem ani energicznymi chęciami do działania. O wiele wolałaby położyć się i w otępieniu przeleżeć pod stosem pierzyn miesiące brakujące do początku wiosny, licząc na uzdrawiający cud ciepłej pory. Lecz była to wizja poddania się, a tego nie cierpiała.
— Ach, weź tego smoczognika. Jeszcze dorobi nam pracy, jeśli się pokaleczy — zatroskała się, krzesając z siebie wreszcie siły do wykazania inicjatywy i ruszenia naprzód. — Nie mam chyba niczego, czym bym mogła go poczęstować, ale na pewno coś sobie sam znajdzie, jeśli go najdzie na polowanie. — Podeszła do okna, które zwiedzał smok, aby rzucić okiem na smętnie nadwęglone framugi. — Schodź — poleciła gadzinie, po czym kontynuowała, skupiając się wyłącznie na potoku bezpiecznych, praktycznych myśli: — Wszystko będzie do zdjęcia. Łut szczęścia, że mam materiał. Była u mnie parę dni przed tym wszystkim Mona. Chciała, żebym stworzyła mebel do jej mieszkania. To drewno powinno się nadać, a ona będzie musiała mi wybaczyć.
dotknij trawy