07.07.2026, 20:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2026, 20:53 przez Helloise Rowle.)
Trzeba ich tylko odrobinę zrozumieć — czy tak również o niej mówili? Że potrzebuje zrozumienia?
— Pierdolenie — parsknęła szyderczo. — Nic im zrozumienie nie pomoże.
Podetrzeć się mogli tym zrozumieniem. Zrozumienie jej się kojarzyło tylko z litością. Rozumiemy, jaka jesteś, kurwa, ułomna i słaba. Niezależnie od tego, jak bardzo na tym cierpiała, znajdowała komfort w tym, że rodzice nie okazywali jej zrozumienia. Nie roztkliwiali się nad nią jak nad delikatnym jajeczkiem. Traktowali ją poważnie. Nie wiedziałaby, co powiedzieć, gdyby ojciec się przed nią otworzył z tym, jak go jej zachowanie smuci i martwi. A gdyby zaczął wypytywać, co ją dręczy? Jak się reagowało na słabość swojego ojca? Co ludzie robili w takich sytuacjach? Helloise nie potrafiłaby sobie z jego troską poradzić, nawet gdyby zechciał ją obdarować emocjonalną rozmową. Matka okazywała jej czułość, ale błędy pomijała milczeniem albo adresowała naganą. Odwracali wzrok, gdy córka płakała; zresztą robiła to tak, żeby nie rzucać się w oczy. Nie pytali o nic. Mówili, dokąd ma dążyć. Wiedziała, jakie jest wobec niej oczekiwanie. Radziła sobie sama… czy raczej: zupełnie nie radziła sobie sama.
Rodzice byli dla niej dobrzy. Wiedziała, że ją kochają i nie chcą jej krzywdy, ale najlepiej wszyscy odnajdywali się uczuciowym w dystansie. Może i bolało to, że rodzice nigdy nie poznali jej wrażliwości. Może i bolało to, że czuła się całe życie pozostawiona sama sobie. Jednocześnie dokładnie tego chciała, bo w tym patologicznym arystokratycznym emocjonalnym limbo czuła się jako dziecko najbezpieczniej. Ona nie musiała obnażać się ze swoimi uczuciami, rodzice utrzymywali swój absolutny autorytet. Było w tym coś właściwego. Wszyscy zachowywali godność, a czy było coś ważniejszego niż godność?
Jeśli chciała w domu rozmawiać, szła do brata. Tylko przy Seisyllu potrafiła wydłubać z siebie żenujące słowa. Gdy on znalazł żonę, poczuła się zdradzona. Rozwścieczyło ją, gdy urodziło mu się dziecko — Helena. Hela. Znalazł sobie nową Helę.
Niech Seisyll ma słodką Helę. Ona miała Leviathana, który raz już wypełnił jej pustkę po Sylu, gdy starszy brat poszedł do szkoły, a ona została w domu. Leviathan urodził się jak specjalnie dla niej, jak nowy braciszek. W poprzedzającym jej ucieczkę roku szkolnym bratanek zaczął Hogwart. Helloise liczyła, że on znów wypełni puste miejsce obok niej. Tymczasem ku jej zaskoczeniu Levi zajął się własnymi sprawami i nowymi znajomościami, zamiast trzymać się krewniaczki kurczowo i być jej najlepszym przyjacielem.
Nie była gotowa na to, że ani Seisyll, ani Leviathan nie będą na zawsze dla niej. Oni budowali swoje życia, ona nie miała życia poza nimi. Przegrała wszystkie swoje szanse: na bycie mądrą, na bycie lubianą, na bycie popularną. Nikt jej nie wybrał na swoją nastoletnią miłość. Wiedziała, że mówią o niej, że jest jebnięta. Głupie pomysły i agresja zawsze o wiele gorzej wyglądały na dziewczynkach niż na chłopakach.
Nie skruszyło jej to, a jedynie uwypukliło najgorsze cechy. Hela Rowle wciąż uważała, że jej się wszystko należy. Im bardziej jej nie lubili, tym wyższa się od nich czuła.
Niewątpliwie dla kogoś takiego jak Greyback jej znienawidzone życie byłoby gratką — była bogata, zdrowa i ładna. Nie było tak źle. W ostateczności wystarczyło, żeby Hela Rowle odgryzła sobie język i poprosiła ojca o wytypowanie odpowiadającego mu zięcia, który by ją zechciał posuwać za przyjaźń rodów i klatkę smoczogników.
— Matko, nie bądź dla mnie takim kutasem — obruszyła się, zasłaniając rękoma twarz, na którą poleciał deszcz pyłu. — Przecież mówię, że nie mam nic do twojego ojca. — Dla pewności, że dotarło, sięgnęła jeszcze po ostateczny argument: — Gówniarzu.
Wyśmiał to, że wzięła ich za gangsterów. A tak wyglądali. I słyszała historie, straszne historie o młodych chłopakach.
— Nie wiesz, do czego są zdolni nastoletni chłopcy — burknęła obrażona, tym razem równie przekornie, co i on. — Potrafią robić takie same okropieństwa jak dorośli.
Cały czas miała nadzieję, że jak poprosi o przemianę, to Maddox to dla niej zrobi. Tak po prostu. Że będzie się czuł skomplementowany, że poprosiła. To nie było przecież nic wielkiego spełnić takie jej życzenie. I nie zamierzała odpuszczać. Gdy Rowle trafiała na ścianę, próbowała ją brutalnie sforsować, przeskoczyć, obejść…
— Właśnie przed chwilą to zrobiłeś i żyjesz. Mnie też wiele rzeczy w życiu boli. — Przewróciła oczami. Bo tak, z pewnością bóle bogatej, wkurwionej dziewczynki przewyższały oklątwionego nastolatka z Nokturnu. — Ale dobra, to nie na siłę. — Nie chciała mimo wszystko, żeby za nią cierpiał. — Powinieneś mnie zaprosić do siebie do domu w pełnię — kontynuowała niezrażona tym jego zaskoczeniem, przerażeniem… cokolwiek w nim wywołał jej pomysł. — Ty się musisz w pełnię i tak przemienić, no nie? No tak. To ja bym była przy okazji. Jakoś to zorganizujemy i się nikt nie dowie, słowo. Nie musisz się kontrolować. Jak coś pójdzie nie tak, to się deportuję. Ludzie robią takie rzeczy normalnie i żyją.
Miała szalone ciśnienie na zobaczenie bestii z bliska. Cholera, prawdziwy wilkołak na wyciągnięcie ręki. Tuż, tuż. Hela podekscytowała się zakazanym owocem, którego miała okazję skosztować. Musiał istnieć sposób, żeby Maddoxa przekonać. Wystarczyło go złapać z dobrej strony. Helloise kombinowała bezmyślnie jak koń pod górę, żeby tylko chłopak się zgodził:
— Weź, proszę cię. Nie mów, że jesteś taki cienki. Byś nie przeżył tygodnia wśród smoków — spróbowała mu zuchwale wjechać na ambicje, że niby taka przemiana to było nic w porównaniu z tym, co ona przeszła. — Ja prawie osiemnaście lat przeżyłam z najgroźniejszymi z najgroźniejszych istot. Nie boję się. Mam doświadczenie. — Blondyna kłamała jak z nut, bo przecież taki dzieciak nic ze smokami nie robił i żadnego doświadczenia nie miał. Co najwyżej jej pozwalali popatrzeć, byle nie podchodziła za blisko. — Nic nie będzie. Wiem, jak się chronić i kiedy wycofać — przekonywała z pasją i oczami płonącymi podnieceniem. — Dawaj, robimy to kiedyś, Greyback.
— Pierdolenie — parsknęła szyderczo. — Nic im zrozumienie nie pomoże.
Podetrzeć się mogli tym zrozumieniem. Zrozumienie jej się kojarzyło tylko z litością. Rozumiemy, jaka jesteś, kurwa, ułomna i słaba. Niezależnie od tego, jak bardzo na tym cierpiała, znajdowała komfort w tym, że rodzice nie okazywali jej zrozumienia. Nie roztkliwiali się nad nią jak nad delikatnym jajeczkiem. Traktowali ją poważnie. Nie wiedziałaby, co powiedzieć, gdyby ojciec się przed nią otworzył z tym, jak go jej zachowanie smuci i martwi. A gdyby zaczął wypytywać, co ją dręczy? Jak się reagowało na słabość swojego ojca? Co ludzie robili w takich sytuacjach? Helloise nie potrafiłaby sobie z jego troską poradzić, nawet gdyby zechciał ją obdarować emocjonalną rozmową. Matka okazywała jej czułość, ale błędy pomijała milczeniem albo adresowała naganą. Odwracali wzrok, gdy córka płakała; zresztą robiła to tak, żeby nie rzucać się w oczy. Nie pytali o nic. Mówili, dokąd ma dążyć. Wiedziała, jakie jest wobec niej oczekiwanie. Radziła sobie sama… czy raczej: zupełnie nie radziła sobie sama.
Rodzice byli dla niej dobrzy. Wiedziała, że ją kochają i nie chcą jej krzywdy, ale najlepiej wszyscy odnajdywali się uczuciowym w dystansie. Może i bolało to, że rodzice nigdy nie poznali jej wrażliwości. Może i bolało to, że czuła się całe życie pozostawiona sama sobie. Jednocześnie dokładnie tego chciała, bo w tym patologicznym arystokratycznym emocjonalnym limbo czuła się jako dziecko najbezpieczniej. Ona nie musiała obnażać się ze swoimi uczuciami, rodzice utrzymywali swój absolutny autorytet. Było w tym coś właściwego. Wszyscy zachowywali godność, a czy było coś ważniejszego niż godność?
Jeśli chciała w domu rozmawiać, szła do brata. Tylko przy Seisyllu potrafiła wydłubać z siebie żenujące słowa. Gdy on znalazł żonę, poczuła się zdradzona. Rozwścieczyło ją, gdy urodziło mu się dziecko — Helena. Hela. Znalazł sobie nową Helę.
Niech Seisyll ma słodką Helę. Ona miała Leviathana, który raz już wypełnił jej pustkę po Sylu, gdy starszy brat poszedł do szkoły, a ona została w domu. Leviathan urodził się jak specjalnie dla niej, jak nowy braciszek. W poprzedzającym jej ucieczkę roku szkolnym bratanek zaczął Hogwart. Helloise liczyła, że on znów wypełni puste miejsce obok niej. Tymczasem ku jej zaskoczeniu Levi zajął się własnymi sprawami i nowymi znajomościami, zamiast trzymać się krewniaczki kurczowo i być jej najlepszym przyjacielem.
Nie była gotowa na to, że ani Seisyll, ani Leviathan nie będą na zawsze dla niej. Oni budowali swoje życia, ona nie miała życia poza nimi. Przegrała wszystkie swoje szanse: na bycie mądrą, na bycie lubianą, na bycie popularną. Nikt jej nie wybrał na swoją nastoletnią miłość. Wiedziała, że mówią o niej, że jest jebnięta. Głupie pomysły i agresja zawsze o wiele gorzej wyglądały na dziewczynkach niż na chłopakach.
Nie skruszyło jej to, a jedynie uwypukliło najgorsze cechy. Hela Rowle wciąż uważała, że jej się wszystko należy. Im bardziej jej nie lubili, tym wyższa się od nich czuła.
Niewątpliwie dla kogoś takiego jak Greyback jej znienawidzone życie byłoby gratką — była bogata, zdrowa i ładna. Nie było tak źle. W ostateczności wystarczyło, żeby Hela Rowle odgryzła sobie język i poprosiła ojca o wytypowanie odpowiadającego mu zięcia, który by ją zechciał posuwać za przyjaźń rodów i klatkę smoczogników.
— Matko, nie bądź dla mnie takim kutasem — obruszyła się, zasłaniając rękoma twarz, na którą poleciał deszcz pyłu. — Przecież mówię, że nie mam nic do twojego ojca. — Dla pewności, że dotarło, sięgnęła jeszcze po ostateczny argument: — Gówniarzu.
Wyśmiał to, że wzięła ich za gangsterów. A tak wyglądali. I słyszała historie, straszne historie o młodych chłopakach.
— Nie wiesz, do czego są zdolni nastoletni chłopcy — burknęła obrażona, tym razem równie przekornie, co i on. — Potrafią robić takie same okropieństwa jak dorośli.
Cały czas miała nadzieję, że jak poprosi o przemianę, to Maddox to dla niej zrobi. Tak po prostu. Że będzie się czuł skomplementowany, że poprosiła. To nie było przecież nic wielkiego spełnić takie jej życzenie. I nie zamierzała odpuszczać. Gdy Rowle trafiała na ścianę, próbowała ją brutalnie sforsować, przeskoczyć, obejść…
— Właśnie przed chwilą to zrobiłeś i żyjesz. Mnie też wiele rzeczy w życiu boli. — Przewróciła oczami. Bo tak, z pewnością bóle bogatej, wkurwionej dziewczynki przewyższały oklątwionego nastolatka z Nokturnu. — Ale dobra, to nie na siłę. — Nie chciała mimo wszystko, żeby za nią cierpiał. — Powinieneś mnie zaprosić do siebie do domu w pełnię — kontynuowała niezrażona tym jego zaskoczeniem, przerażeniem… cokolwiek w nim wywołał jej pomysł. — Ty się musisz w pełnię i tak przemienić, no nie? No tak. To ja bym była przy okazji. Jakoś to zorganizujemy i się nikt nie dowie, słowo. Nie musisz się kontrolować. Jak coś pójdzie nie tak, to się deportuję. Ludzie robią takie rzeczy normalnie i żyją.
Miała szalone ciśnienie na zobaczenie bestii z bliska. Cholera, prawdziwy wilkołak na wyciągnięcie ręki. Tuż, tuż. Hela podekscytowała się zakazanym owocem, którego miała okazję skosztować. Musiał istnieć sposób, żeby Maddoxa przekonać. Wystarczyło go złapać z dobrej strony. Helloise kombinowała bezmyślnie jak koń pod górę, żeby tylko chłopak się zgodził:
— Weź, proszę cię. Nie mów, że jesteś taki cienki. Byś nie przeżył tygodnia wśród smoków — spróbowała mu zuchwale wjechać na ambicje, że niby taka przemiana to było nic w porównaniu z tym, co ona przeszła. — Ja prawie osiemnaście lat przeżyłam z najgroźniejszymi z najgroźniejszych istot. Nie boję się. Mam doświadczenie. — Blondyna kłamała jak z nut, bo przecież taki dzieciak nic ze smokami nie robił i żadnego doświadczenia nie miał. Co najwyżej jej pozwalali popatrzeć, byle nie podchodziła za blisko. — Nic nie będzie. Wiem, jak się chronić i kiedy wycofać — przekonywała z pasją i oczami płonącymi podnieceniem. — Dawaj, robimy to kiedyś, Greyback.
dotknij trawy