08.07.2026, 00:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2026, 00:05 przez Woody Tarpaulin.)
Pytanie starego miało drugie dno: bo on to tak naprawdę nie wiedział, jak się modlić nad jedzeniem. Czy się modlić nad jedzeniem? W jego domu rodzinnym praktykowało się różnorakie obrzędy sabatowe, ale przecież nie odprawiał ich sam Woody. Jak się zjawił w jadalni Warowni, nie wywracając oczyma, to dopiero było święto. Teraz — gdy on prowadził dom — poczuł ducha odpowiedzialności. Niekompetentnego ducha.
Na szczęście duchy bywały różne.
— No to świetnie, siadamy zatem… — zaczął Woody, szykując się do siadania na swoim miejscu, gdy wtem:
— Dobra Matko — zaintonował Enjolras, lewitując nad ramieniem Tarpaulina.
Tarp skrzywił się i spojrzał na ducha z ukosa.
— Chcesz się modlić, to powtórz i zaczynamy: dobra Matko — naciskał wyczekująco duch-trubadur.
Woody spojrzał łakomie po tej gęsi Lewisa… trudno, sam zaczął temat.
— Dobra Matko — powtórzył z łaską Woody.
— Dobra Matko pobłogosław…
— Dobra Matko pobło… nie. To było błogosławione na kuchni. Siadamy, już, już. — Tarpaulin klapnął, zanim duch zdążył zaprotestować. Obrażony Enjolras wymamrotał coś oburzony pod nosem i odleciał na chwilę, lecz z pewnością wróci jeszcze, aby pielęgnować świąteczną atmosferę.
Uczta została rozpoczęta. Woody polał sobie zupki, po czym — jak przystało na dobrego gospodarza — zapytał wszystkich po kolei, czy im również miałby nalać zupki, skoro on już nad kociołkiem stoi z chochelką. Pachniała obłędnie i bezbłędnie, toteż o żadnym kłamstwie nie mogło być mowy.
— Patrzcie, jak się nasze dziewczyny fajnie ubrały — zwrócił się do męskiej części stołu z komplementem dla kobiet, gdy już ze smakiem wachlował zupę. — Gdyby nie Keyleth, to byśmy tutaj nie mieli tak tradycyjnie. Takie girlandy to u mnie w domu zawsze wisiały. — Skinął łyżką na sznury suszonych owoców, aż mu pociekła zupa po palcach, które zaraz wytarł w serwetkę. Od święta nie w spodnie.
Gdy świat mu zadrżał przed oczami traumą ognia, zamilkł tylko na chwilę — znał już to uczucie. I cóż, że nie było świec, skoro i tak ściany rozżarzyły się piekłem Spalonej Nocy. Chłop zgarbił się ledwo dostrzegalnie, spuścił głowę i rwał chleb, wrzucając sobie kawałeczki do zupy. Nic wielkiego. Nic się nie działo. Zamknął oczy. Rejwach zgasł.
Uniósłszy powieki, Woody rozejrzał się po lokalu ukradkiem, a nie chcąc zwracać podejrzeń, zawiesił dla niepoznaki oczy na elektryczno-magicznym wieńcu Zenona. Odchrząknął.
— W ogóle widzicie tamto? Kable — powiedział, przywołując na oblicze dumę, bo znał przecież to słowo. Kozioł mieszkał tu nie od dziś i mógł się od niego Woody co nieco poduczyć. — Mugole w tym trzymają magię, dlatego świeci. Można w taki kabelek sobie włożyć mnóstwo energii — opowiadał tonem znawcy. Przecież wiedział, jak działa ten kabel! — Mugole tego używają do opalania samochodów. — Odpalania samochodów, ale z jakiegoś powodu energetyczny sznur mu się wydawał bardziej adekwatny jako paliwo niż przewodnik. Ktokolwiek Tarpaulinowi opowiadał o odpalaniu samochodu na kablach musiał się zwyczajnie przejęzyczyć.
Na szczęście duchy bywały różne.
— No to świetnie, siadamy zatem… — zaczął Woody, szykując się do siadania na swoim miejscu, gdy wtem:
— Dobra Matko — zaintonował Enjolras, lewitując nad ramieniem Tarpaulina.
Tarp skrzywił się i spojrzał na ducha z ukosa.
— Chcesz się modlić, to powtórz i zaczynamy: dobra Matko — naciskał wyczekująco duch-trubadur.
Woody spojrzał łakomie po tej gęsi Lewisa… trudno, sam zaczął temat.
— Dobra Matko — powtórzył z łaską Woody.
— Dobra Matko pobłogosław…
— Dobra Matko pobło… nie. To było błogosławione na kuchni. Siadamy, już, już. — Tarpaulin klapnął, zanim duch zdążył zaprotestować. Obrażony Enjolras wymamrotał coś oburzony pod nosem i odleciał na chwilę, lecz z pewnością wróci jeszcze, aby pielęgnować świąteczną atmosferę.
Uczta została rozpoczęta. Woody polał sobie zupki, po czym — jak przystało na dobrego gospodarza — zapytał wszystkich po kolei, czy im również miałby nalać zupki, skoro on już nad kociołkiem stoi z chochelką. Pachniała obłędnie i bezbłędnie, toteż o żadnym kłamstwie nie mogło być mowy.
— Patrzcie, jak się nasze dziewczyny fajnie ubrały — zwrócił się do męskiej części stołu z komplementem dla kobiet, gdy już ze smakiem wachlował zupę. — Gdyby nie Keyleth, to byśmy tutaj nie mieli tak tradycyjnie. Takie girlandy to u mnie w domu zawsze wisiały. — Skinął łyżką na sznury suszonych owoców, aż mu pociekła zupa po palcach, które zaraz wytarł w serwetkę. Od święta nie w spodnie.
Gdy świat mu zadrżał przed oczami traumą ognia, zamilkł tylko na chwilę — znał już to uczucie. I cóż, że nie było świec, skoro i tak ściany rozżarzyły się piekłem Spalonej Nocy. Chłop zgarbił się ledwo dostrzegalnie, spuścił głowę i rwał chleb, wrzucając sobie kawałeczki do zupy. Nic wielkiego. Nic się nie działo. Zamknął oczy. Rejwach zgasł.
Uniósłszy powieki, Woody rozejrzał się po lokalu ukradkiem, a nie chcąc zwracać podejrzeń, zawiesił dla niepoznaki oczy na elektryczno-magicznym wieńcu Zenona. Odchrząknął.
— W ogóle widzicie tamto? Kable — powiedział, przywołując na oblicze dumę, bo znał przecież to słowo. Kozioł mieszkał tu nie od dziś i mógł się od niego Woody co nieco poduczyć. — Mugole w tym trzymają magię, dlatego świeci. Można w taki kabelek sobie włożyć mnóstwo energii — opowiadał tonem znawcy. Przecież wiedział, jak działa ten kabel! — Mugole tego używają do opalania samochodów. — Odpalania samochodów, ale z jakiegoś powodu energetyczny sznur mu się wydawał bardziej adekwatny jako paliwo niż przewodnik. Ktokolwiek Tarpaulinowi opowiadał o odpalaniu samochodu na kablach musiał się zwyczajnie przejęzyczyć.
Powiedzmy, że dajemy sobie czasu do poniedziałku (13.07), chyba że komplet będzie szybciej.
piw0 to moje paliwo