• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue

[24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
08.07.2026, 21:53  ✶  
Dom zawsze był dla mnie konceptem, nie miejscem, był również przypadkowym budynkiem, do którego wchodziłem, żeby się przespać, wysuszyć ubrania i następnego dnia znowu ruszyć w drogę, przyzwyczaiłem się do tego dawno temu. Bycie na wygnaniu oraz praca klątwołamacza nie zostawiały zbyt wiele miejsca na budowanie codzienności, a jeszcze mniej na przywiązywanie się do czterech ścian, dopiero odkąd zamieszkaliśmy razem, zacząłem łapać się na tym, że naprawdę chciałem wracać właśnie tutaj. Nie dla kominka, nie dla wygodnego fotela ani nawet dla świętego spokoju. Wracałem dla niej. Dla świadomości, że kiedy otworzę drzwi, ktoś podniesie głowę znad książki albo dokumentów i zwyczajnie będzie. Brzmiało to zaskakująco prosto, ale właśnie tej prostoty najbardziej mi wcześniej brakowało.
Zaskakiwało mnie to, jak szybko obecność drugiej osoby potrafiła zmienić znaczenie miejsca, które wcześniej byłoby po prostu jednym z wielu adresów odwiedzanych po drodze przez życie. Nigdy nie przypuszczałem, że tak szybko przyzwyczaję się do czyjegoś towarzystwa, ciesząc się nim nawet w najbardziej ponurych, najtrudniejszych chwilach - a może zwłaszcza w nich, chociaż to w dalszym ciągu była dla mnie nowość - jeszcze mniej spodziewałem się, że wspólne mieszkanie i spędzanie chwil stanie się dla mnie czymś tak oczywistym, za czym będę tęsknił. Wystarczyło zamknąć za sobą drzwi, zostawić za progiem deszcz, zimny wiatr i cały ten bałagan ostatnich dni, a człowiek przypominał sobie, po co właściwie wracał ciągle w to samo miejsce, nazywając je „domem”. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej sam nie przywiązywałem do tego większej wagi - mieszkanie było zawsze czymś tymczasowym, miejscem, w którym jadłem, spałem i w którym czasami udawało mi się przeczytać kilka stron książki albo złożyć jakiś chwiejny model, zanim zmęczenie wygrywało, później przestawało nim być i zostawało zastąpione przez kolejne lokum. Teraz wyglądało to zupełnie inaczej, łapałem się wręcz na tym, że coraz częściej myślałem o powrocie do niemagicznej części Londynu już w połowie dnia, i to zupełnie nie dlatego, że brakowało mi własnych czterech ścian. Zaledwie kilka tygodni temu temu nie przypuszczałbym, że będę wracał do domu z myślą o kimś, kto już tam na mnie czekał albo za chwilę miał się w nim pojawić, przywykłem do samotnych powrotów, do ciszy, która nikomu nie przeszkadzała, ciasnych przestrzeni o spartańskim wyglądzie i do tego, że mogłem zostawić buty na środku pokoju, często stanowiącego całą dostępną przestrzeń życiową, jeśli akurat nie chciało mi się ich odstawiać.
Niegdyś „dom” nie kojarzył mi się z niczym przyjemnym, był przeze mnie utożsamiany z przymusem, sztywnymi regułami i twardymi obowiązkami, teraz jednak wyglądał inaczej - był pełniejszy, żywszy, a jednocześnie dziwnie spokojny, gdy znajdowaliśmy się w nim razem. Nawet takie prozaiczne rozmowy przy wejściu miały w sobie coś, czego wcześniej zwyczajnie nie znałem, nawet jeśli wcześniej zdążyliśmy urządzić sobie najbardziej absurdalne powitanie, jakie tylko przyszło komukolwiek do głowy.
- Nie mówię, sze od lasu chciałbym jednego wplowadziś do domu. - Spojrzałem w stronę miejsca, gdzie zostawiliśmy najbardziej mokre ślady, po czym wzruszyłem ramionami. - Podwólko wystalszy. Na ten moment. - Rzecz jasna, był to żart, ale skoro już powiedziałem „a”, nie zamierzałem się łamać, co prawda, nie znałem nikogo, kto prowadziłby hodowlę błotoryjów, ale nie zamierzałem pozwolić, żeby taki drobiazg zepsuł całkiem niezłą teorię. - Pomyśl tylko… - Sam nie wierzyłem w to, co mówiłem, ale właśnie dlatego ten obraz wydawał mi się tak zabawny. Rehabilitacja podobnych stworzeń w ogrodzie mającym stanowczo zbyt mało metrów kwadratowych, by zrobić to poza czujnymi spojrzeniami mugolskich sąsiadów, którzy byli przeczuleni na punkcie swoich zielonych trawników, białych płotków i krasnali ogrodowych… Nie potrzebowałem nawet chwili, żeby wyobrazić sobie minę większości ludzi, gdyby usłyszeli podobny pomysł. - Widzisz? - Rzuciłem, gdy przyznała mi hipotetyczną rację. Mówiłem pół żartem, pół serio, bo z własnego doświadczenia wiedziałem, że niejednokrotnie największym zagrożeniem okazywał się człowiek, nie zwierzę. Zbyt wielu takich ludzi spotkałem w życiu, żeby jeszcze wierzyć w pierwsze wrażenie. Czasem najgłośniej warczał ten, który później był całkiem przyzwoity, podczas gdy ten z miłym uśmiechem potrafił wbić nóż między żebra przy pierwszej okazji. Zwierzęta przynajmniej miały swoje przewidywalne zachowania, w przeciwieństwie do istot ludzkich lub nieludzkich, na ogół nie zachowywały się inaczej, gdy nie było ku temu jawnego powodu. W moim fachu bardzo szybko uczyło się, że opinie o stworzeniach magicznych rzadko były całkowicie sprawiedliwe, w przeciwieństwie od opinii o miejscach, większość ludzi bała się tego, czego nie znała, a później powtarzała cudze historie, jakby były ich własnymi doświadczeniami.
- Widziałem jusz golsze szeszy od błotolyjów, uwiesz mi. Zlesztą mam do nich pewną słabość. Lobią kiepskie pielwsze wlaszenie, a to bszmi znajomo. - Posłałem krzywy uśmiech w kierunku żony - skoro potrafiła dostrzec coś więcej w kimś takim jak ja, to i dla tego rodzaju stworzeń była jeszcze jakaś nadzieja, sam przecież nigdy nie wywierałem najlepszego pierwszego wrażenia na ludziach. Nie dało się inaczej, nie z moją posturą giganta i twarzą, która większości kojarzyła się raczej z szemranymi interesami, ciemną alejką i żądaniem oddania galonów niż z ciepłem domowego ogniska - nie wyglądałem jak ucieleśnienie stabilności - byłem tego w pełni świadomy. Po prawdzie przez większość dorosłego życia nawet poruszałem się tak, jakbym szedł komuś połamać żebra, a nie powiedzieć „dzień dobry”. Nawet kiedy milczałem, wyglądałem podobno tak, jakbym był o krok od wszczęcia awantury, chociaż przecież teoretycznie uczono mnie kiedyś panowania nad mimiką, na równi z wciskaniem mi do głowy bzdurnej etykiety i zasad dobrego zachowania.
Niestety, pomimo wszelkich starań starszych ode mnie członków rodziny, nawet w młodzieńczych latach miałem w sobie coś takiego, co notorycznie sprawiało, iż przypadkowi ludzie przypisywali mi kwestionowalne intencje. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby ktoś spojrzał na mnie i pomyślał „o, jaki sympatyczny chłopiec”, werbalizując chęć nawiązania ze mną całkowicie czystej więzi emocjonalnej. W połączeniu z przebiegiem historii, raczej pisane mi było bycie kimś o wątpliwych wartościach moralnych, może nie od razu pełnowymiarowym - lub nawet ponadwymiarowym - bandytą, ale niegdysiejsza etykieta „złotego chłopca” słabo do mnie przylegała i szybko została zerwana.
Nie zmieniało to faktu, iż czasem pierwsze wrażenie naprawdę nie miało wiele wspólnego z rzeczywistością. Byłem wysoki, szeroki w barach, mój nos już dawno przestał być idealnie prosty, twarz miałem bardziej odpowiednią dla zakapiora z Nokturnu niż człowieka, któremu warto było zaufać, ale w gruncie rzeczy naprawdę ceniłem sobie zdrowy święty spokój. Nie raz widziałem, jak ktoś odruchowo schodził mi z drogi albo milkł, kiedy pojawiałem się w pomieszczeniu - nauczyłem się z tym żyć - nie zamierzałem nikogo przekonywać na siłę, że pod tą całą posturą nie kryło się nic szczególnie groźnego dla ogółu ludności. Dopóki ktoś mnie, osobiście lub pośrednio, nie wkurwił - było dobrze.
- Jeśli to ma świadczyś o tobie źle, to o mnie świadczy jeszcze goszej, bo nawet pszes chwilę nie pszyszło mi do głowy, szeby się tym telas pszejmowaś. - Spojrzałem na kałużę w przedpokoju, a potem z powrotem na nią. - Jebaś to. - Przejście do porządku dziennego nad bałaganem w przedpokoju poszło nam nadzwyczaj gładko, w przeciwieństwie do tego, co znacznie bardziej zaprzątało myśli mojej żony.
- Czyli nie mam szans się s tego wypisaś? - Upewniłem się, już dla samej zasady, gdyż doskonale wiedziałem, co miałem usłyszeć, po czym westchnąłem teatralnie. Wiedziałem już, że nie miało sensu protestować - odkąd została moją żoną, nie byłem wyłącznie mężem, automatycznie stałem się również pacjentem dyżurnym, dostępnym przez całą dobę, niezależnie od własnego zdania na ten temat.
- S tej odległości wygląda całkiem dobsze. - Poprawiłem ją niemal automatycznie. - I ploponuję, szeby na tym etapie zakończyś diagnostykę. Nie chciałbym się dowiedzieś, sze kalta pacjenta jest waszniejsza od kalty męsza. - Mimo to rozłożyłem ręce, pozwalając jej dokończyć te oględziny, chociaż miałem wrażenie, że gdyby naprawdę mogła, kazałaby mi jeszcze stanąć pod lepszym światłem, po czym przeniosłem wzrok na przedpokój, na który oboje tak demonstracyjnie staraliśmy się teraz nie patrzeć. Mogłem narzekać, mogłem się droczyć, ale oboje wiedzieliśmy, że jeśli naprawdę coś by mi się stało, ona pierwsza postawiłaby mnie do pionu, a ja ostatecznie i tak dałbym się obejrzeć.
- Nie opowiadaj głupot. - Odpowiedziałem spokojnie, kręcąc głową. - Zawsze byłaś godnym pszeciwnikiem. Po plostu nie takim. - „I chwalła Merlinowi za to” - uśmiechnąłem się pod nosem, opierając ramię o framugę drzwi. Przynajmniej wiedziałem już w stu procentach, że kiedy mnie nie będzie obok, nie stanie bezradnie i nie będzie czekała, aż ktoś zdecyduje za nią, co wydarzy się dalej. Po naszej kłótni pamiętnego wieczoru, nie mogła dać mi dziś lepszego zapewnienia, iż rzeczywiście całkiem celnie oceniała swoje predyspozycje.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4999), Prudence Fenwick (3432)




Wiadomości w tym wątku
[24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 05.07.2026, 15:22
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 05.07.2026, 22:17
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 05.07.2026, 23:45
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.07.2026, 14:27
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.07.2026, 21:53
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.07.2026, 22:14
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 12.07.2026, 23:26
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 13.07.2026, 18:18
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 17.07.2026, 22:00
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 21.07.2026, 07:44

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa