Głupio aż było się przyznać, ale Ambrosia bardzo lubiła tę nudną rutynę, którą stanowiły święta. Głupio, bo zawsze chciała być tą fajną ciocią, która bawiła się ze swoimi kuzynami, kiedy inni dorośli zajmowali się poważnymi sprawami. Lubiła te roześmiane dzieciaki i to jak beztroskie zdawały się być. Ba, lubiła nawet Olivera, chociaż nigdy by mu się do tego nie przyznała twarzą w twarz, bo był czasami nieznośnym bachorem. Była w niej jakaś tęsknota za domem, własną rodziną i roześmianym głosem kogoś, kto byłby w stanie odwiedzać z nią wszystkie rodzinne zgromadzenia. Sama sobie zgotowała tę pustkę, a może zanadto dużo wiary pokładała w przepowiedniach, które wyszeptała swojego czasu jej matka. Wierzyła, że pewien rodzaj przyszłości był jej pisany, ale zamiast tego siedziała jeszcze chwilę temu z Olivierem na strychu i próbowała rozbroić arsenał obrzydliwych skurwyjców.
Gdyby mogła, wysadziłaby je wszystkie w powietrze, ale nawet nie była przesadnie dobra w tym typie zaklęć. Pozostawało więc zatrzaskiwanie okna i modlenie się, że brat coś poradzi, ale niestety, oboje polegli. Kiedy tak patrzyła na babcię, która już była bardzo, ale to bardzo stara, mimowolnie zastanawiała się, co stanie się kiedy wreszcie jej zabraknie. Wyglądali z dziadkiem trochę… pokracznie, ale w ten pocieszny, pełen miłości sposób. W końcu Philip nigdy nie miał się już zestarzeć i przeżywał kolejne już swoje życie jako ghoul, upadły cukiernik i właściciel Kościanego Zamtuza. Nigdy o to nie pytała, ale zastanawiała się czy oboje mieli plany wziąć sprawy we własne ręce, kiedy babcia umrze. Czy… czy dziadek postanowił, że nie pozwoli jej na to, wiążąc na zawsze do świata żywych, czy może pozwoli jej odejść w spokoju.
— Babciuuu… ten sam typ szaleńca, który gotowy jest przyjść do Kościanego Zamtuza, chociażby — uśmiechnęła się nieco kwaśno, ale było między nimi pewne porozumienie co do tego, kto właściwie zaglądał do rodzinnego przybytku. W ogóle trzeba było być trochę szalonym, żeby zaglądać do normalnego burdelu, a ich, mieszczący się na Podziemnych Ścieżkach, to był w ogóle poziom wyżej do co tego wszystkiego. — Już się biorę za to wszystko, ale obiecaj mi że jak zejdziesz na dół, to najpierw sobie usiądziesz, okej? — upewniła się jeszcze, odprowadzając babcię spojrzeniem, kiedy ta wreszcie ruszyła ze strychu. Drzwi skrzypnęły za nią i cisza przez moment niemal dzwoniła w uszach blondynki. Rozejrzała się - resztki listów i kopert były rozrzucane dookoła. Część cała, ale inne zostały podarte, albo nieudolnie przetransmutowane w coś innego. Dobrze, że miała różdżkę, bo nie widziało jej się zbierać tego wszystkiego ręcznie. Uniosła więc dłonie i zamachała nimi, wykonując odpowiednie gesty i zaprzęgając magię do działania. Zbierała wszystko na jedną kupkę, tak by potem było jej łatwo wszystko zebrać i wynieść ze strychu, a potem wyrzucić do śmietnika.
sort of horror