Może zbyt łatwo było zrzucić winę na mrok? Na Czarny Znak wypalony pod materiałem rękawa. Wygodnie byłoby uwierzyć, że to te rzeczy dzień po dniu odbierały mu resztki przyzwoitości. Tylko że wtedy musiałby okłamać samego siebie. Coś podobnego nosił w sobie znacznie wcześniej. Jeszcze zanim nauczył się rzucać zaklęcia, których zwykły czarodziej nie odważyłby się nawet wypowiedzieć w myślach. Jeszcze zanim po raz pierwszy zobaczył człowieka umierającego z jego winy. To nie pojawiło się nagle. Raczej sączyło się spod skóry przez całe życie, cierpliwie, na widoku, jak bluszcz rozchodząca się po murach starego dworu. Rok po roku wypaczało kolejne fragmenty jego wnętrza, aż w końcu trudno było odróżnić, co było jeszcze strukturą, a co już tylko pleśnią. Być może właśnie dlatego nigdy nie potrafił wskazać chwili, w której stał się złym człowiekiem. Nie było jednego dnia. Był za to długi pochód drobnych ustępstw wobec samego siebie. Jedno okrucieństwo, które przestało robić wrażenie. Jedna pogarda więcej. Jeszcze jedna granica, którą przekraczał bez większego namysłu. Wszystko odbywało się tak powoli, że niemal elegancko. Dopiero gdy odwrócił się za siebie, zobaczył, jak długą drogę przeszedł. Coraz mocniej pobrzmiewało w nim zniecierpliwienie wywołane jakby tym, że tłumaczy rzecz tak oczywistą, iż samo jej niezrozumienie zakrawa na obrazę inteligencji. Patrzył na Cynthię długo, z niedowierzaniem, jakby usiłował dostrzec w jej twarzy choćby ślad zrozumienia. - Jeśli przychodzisz ze mną, to stoisz przy moim boku do końca. Jeśli nie biorę udziału w tej żenującej zbiórce, ty również. Ja nie tańczę, ty nie tańczysz. Przerwał na moment, zaciskając szczękę tak mocno, że na policzku drgnął mięsień. - Naprawdę aż tak trudno zrozumieć, gdzie jest twoje miejsce? Nie podniósł głosu. Może to było w nim najbardziej niepokojące. Mówił powoli, z chłodną, niemal mentorsko, jakby wyjaśniał dziecku elementarną zasadę, której nie powinno trzeba było powtarzać drugi raz.
Dopiero kiedy z jej ust padło słowo zazdrość, coś w nim drgnęło. Nie zaprzeczył. Nie próbował nawet odmieniać temu znaczenia. Przez ułamek sekundy siedział nieruchomo, po czym po jego ustach przemknął ledwie dostrzegalny uśmiech. Był dziwnie nieobecny, jakby myślami znajdował się już gdzie indziej. Z jednej strony odczuł niemal przewrotną satysfakcję. Wreszcie przestała udawać, że nie dostrzega tego, co od początku wisiało między nimi niczym ciężka zasłona dymu. Nazwała to. Zobaczyła ukrytą pod wszystkimi jego złośliwościami intencję. Z drugiej jednak strony samo wypowiedzenie tego słowa nie przyniosło żadnej ulgi. Zazdrość okazywała się uczuciem znacznie bardziej podłym, niż chciałby przed sobą przyznać. Paliła od środka powolnym żarem, wyżerając kolejne fragmenty rozsądku i zostawiając po sobie wyłącznie gryzącą gorycz. Coraz trudniej było mu nad nią panować. Miał wrażenie, że wnętrze karocy stało się nagle absurdalnie ciasne, jakby ściany z każdym kolejnym oddechem przysuwały się coraz bliżej, próbując zamknąć razem z nimi całą jego wściekłość. Patrzył na nią długo, niemal nieruchomo. W jego spojrzeniu nie było już wyłącznie gniewu, ale również urażona duma egoisty, który właśnie usłyszał na głos nazwę własnej słabości. I chyba właśnie dlatego uśmiechnął się raz jeszcze. Krótko. Gorzko. Tak, jak uśmiecha się ktoś, kto doskonale wie, że został przejrzany, ale nie zamierza zrobić nic, by się przed tym bronić.
-Mylisz się. Odezwał się natychmiast, poirytowany słysząc karykaturę na swój temat. - Nikt mnie nie dotyka. Słowa padły twardo, bez zawahania. - Nie odkąd… to mnie dopadło po Beltane. Jak w takich sytuacjacj, nie nazwał tego wprost. Nie wypowiadał tej nazwy wtedy, jeśli nie miał pewności że nikt nie słyszy. Nieufność tak głęboko wrośnięta w jego sposób myślenia, że nawet ściany pustej karocy wydawały mu się zbyt ciekawskie. Nie miał najmniejszej ochoty zasłaniać się oświadczeniami ani pustymi deklaracjami. W tej chwili gardził słowami bardziej niż zwykle. Słowa można było odwołać, zmienić, albo wypaczyć. Fakty pozostawały faktami. A fakty były wyjątkowo ironiczne. Zimno odebrało mu nawet możliwość wyboru. Niezależnie od tego, jakie miał zamiary. Niezależnie od tego, czy chciał kogokolwiek przy sobie zatrzymać. Od tamtej nocy żył w czymś, co z ponurym rozbawieniem nazywał własnym celibatem. Z przymusu.
Jej wywód wywołał w nim jedynie cichy, głuchy śmiech, pozbawiony choćby cienia rozbawienia. Był to odruch czystego cynizmu. Powoli przewrócił oczami i odwrócił wzrok ku ciemnej szybie karocy, jakby dalsze patrzenie na Cynthię stało się wysiłkiem, którego nie zamierzał już podejmować. Przez kilka chwil milczał, pozwalając, by stukot kół zagłuszył wszystko to, co zbyt chętnie cisnęło mu się na język. Skoro już i tak przypisywano mu rolę człowieka podłego, zgorzkniałego i niezdolnego do niczego poza zadawaniem ran, z niemal ponurą satysfakcją pozwalał tej karykaturze rosnąć. W jego myślach coraz szybciej kiełkowała dobrze znana pogarda. Czy naprawdę w całym tym kraju nie było ani jednej kobiety, która potrafiłaby z pokorą spojrzeć na własne błędy, zamiast rozliczać cudze? Każda wydawała się niezrównaną specjalistką od wytykania obcych win, lecz kiedy przychodziła pora na rachunek własnego sumienia, nagle odnajdywała dziesiątki usprawiedliwień i okoliczności. Koła karocy zwolniły, aż w końcu zatrzymały się z cichym zgrzytem na mokrym bruku. Dopiero gdy dorożkarz otworzył drzwiczki, Louvain wysiadł pierwszy. Chłodne, nocne powietrze uderzyło go w twarz, skutecznie studząc jedynie policzki, nie myśli. Ku własnemu zaskoczeniu zaczekał. Odwrócił się i wyciągnął dłoń ku Cynthii, pomagając jej zejść na ulicę z uprzejmością, której jeszcze kilka minut wcześniej próżno byłoby się po nim spodziewać. Zaraz potem sięgnął do kieszeni płaszcza, posłał dorożkarzowi galeona i niedbałym ruchem dłoni dał mu jednoznaczny sygnał, by odjechał. Woźnica nie potrzebował więcej zachęty. Louvain odprowadził karocę wzrokiem, dopóki nie zniknęła za najbliższym zakrętem. Dopiero wtedy zwrócił się ku niej. - Przejdźmy się jeszcze, proszę. Wyciągnął w jej stronę ramię, odsłaniając łokieć w geście, który równie dobrze mógł uchodzić za przejaw dawnej elegancji, jak i kolejną próbę przejęcia kontroli nad sytuacją. Gdy Cynthia wsunęła dłoń pod jego ramię, jego palce niemal natychmiast zacisnęły się na niej mocniej, niż wymagałaby tego zwykła uprzejmość. Zdecydowanie za mocno. Nie zrobił jednak ani jednego kroku. Świat urwał się bez najmniejszego ostrzeżenia. Charakterystyczne szarpnięcie deportacji ścisnęło ich z brutalną siłą, rozrywając przestrzeń wokół nich. Dopiero teraz stawało się jasne, że nie był odruchem czułości ani nawet złości. Chwycił ją tak mocno wyłącznie po to, by nie wyślizgnęła mu się z ramion w chwili, gdy rzeczywistość zapadła się pod ich stopami.