• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue

[24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
12.07.2026, 23:26  ✶  
„Gdybyś kiedyś jakiegoś spotkał, mógłbyś go tu przeprowadzić, a najlepiej dwa, żeby ten jeden nie był smutny…”
Parsknąłem cicho, gdy wspomniała o dwóch osobnikach, żeby żaden nie był samotny - niby ne potrafiłem nawet udawać, że ten argument do mnie nie trafiał, ostatnie dni skutecznie mi to udowadniały, we dwoje naprawdę było lepiej, ale mimo wszystko, odrobinę mnie przytkało, gdy dotarło do mnie to, że moja droga małżonka hipotetycznie zaproponowała przygarnięcie dwóch stworzeń, które większość ludzi omijałaby szerokim łukiem. To mówiło o niej więcej niż niejeden długi opis, „metoda małych kroków”, jasne, ale u Prue ten mały krok właśnie na moich oczach potencjalnie zamieniał się w życiowy projekt hodowlany… Przez chwilę tylko się na nią gapiłem, próbując ustalić, w którym dokładnie momencie niewinny żart o na ogół odpychających bestiach zaczął przekształcać się w całkiem poważny projekt badawczy połączony z planowaniem ich adopcji. Tak jak zawsze w naszym przypadku, wystarczyło rzucić jedno zdanie, by moja żona zaczęła analizować wszystkie zmienne - co lepsze - później zazwyczaj potrafiwszy zbudować wokół nich cały misterny plan.
Odkąd pamiętałem, umysł Prue działał w ten sposób, nie zamierzałem więc próbować jej z tego wyprowadzać, szczerze mówiąc, trochę mnie to bawiło, być może o tym nie mówiłem, lecz uwielbiałem patrzeć, jak jej uporządkowana logika brała się do pracy nad czymś kompletnie absurdalnym z taką samą powagą, z jaką rozwiązywała wpierw szkolne, a teraz zawodowe problemy. Znałem ją już na tyle dobrze, żeby rozpoznać ten błysk w oczach, świadczący o tym, iż właśnie dochodziła do wniosku, że coś dało się zrobić lepiej niż dotychczas i że warto byłoby to sprawdzić.
Im dłużej rozmawialiśmy, tym wyraźniej widziałem, że ten pomysł przestał być kompletną abstrakcją - mógłbym dać sobie rękę uciąć, iż naprawdę analizowała, ile miejsca potrzebowałyby takie stworzenia, czego mogłyby chcieć w kwestiach bytowo-żywieniowych i czy przypadkiem nie czułyby się gorzej poza ich standardowym środowiskiem. Oparłem się ramieniem o framugę drzwi i przez chwilę po prostu na nią patrzyłem, dochodząc do wniosku, że chyba właśnie niechcący uruchomiłem kolejną z jej naukowych fascynacji. Wyobraziłem sobie przez chwilę grupę błotoryjów włażących do oczka wodnego, ryjących w rabatach i zostawiających błoto dokładnie wszędzie tam, gdzie Prudence zwykle chciała widzieć idealny porządek. Sam ten obraz wystarczył, żebym z trudem powstrzymał uśmiech.
- Wiedziałem, sze nie powinienem był zaczynaś. - Założyłem tylko na moment ręce na piersi, uśmiechając się półgębkiem na widok tego, jak błysnęły oczy Pruey. Poprawiłem rękawy koszuli, nie potrafiąc ukryć rozbawienia na widok tego, jak bardzo zapaliła się do pomysłu sprowadzenia tu tych parszywych, acz najwyraźniej fascynujących stworzeń. - S tym „we dwójkę zawsze laśniej” u zwiesząt to lósznie bywa, wiesz, czasem zamiast miłego towaszystwa dostajesz po plostu podwójną dawkę hałasu i zdemolowany tlawnik, ale co ja tam wiem… Nie śmiałbym niszczyś twojego idealnego planu latowania świata. Jaksze bym mógł, plawda? - W końcu byłem inicjatorem pomysłu dawania „drugiej szansy”… Zrobiło mi się zresztą zaskakująco ciepło na myśl o tym, że mogła pomyśleć o naszym miejscu w taki sposób - nie chodziło nawet o same stworzenia, bardziej o to, że bez zastanowienia zakładała, iż ten dom będzie miejscem, do którego można przygarniać to, czego inni nie chcieli.
Rzecz jasna, nie byłem ślepy - zauważyłem, że coraz częściej rozmawialiśmy o przyszłości tak, jakby była czymś oczywistym. Nie planowaliśmy jej może z przesadną dokładnością, ale budowaliśmy ją małymi rzeczami, zupełnie mimochodem - dom, ogród, miejsce dla kolejnych istnień, które potrzebowały odrobiny spokoju… Złapałem się na tym, że taka wizja wcale mnie nie odstraszała, po prawdzie mówiąc, ja już też widziałem oczami wyobraźni nasz - na szczęście nie do końca idealnie wypielęgnowany - trawnik zamieniony w wielkie, bulgoczące bajoro, po którym uganiałyby się te dorodne, tłuściutkie potworki. Posiadłość, którą otrzymaliśmy od Ellie rrzeczywiście była spora, a otaczający ją areał potrafiłby pomieścić wiele sekretów i, jak się właśnie okazywało, potencjalną arkę Noego dla stworzeń, których nikt inny by nie chciał.
Nawet nie zauważyłem, kiedy z człowieka wiecznie będącego w drodze stałem się kimś, kto odliczał godziny do powrotu do domu. Kiedyś nie musiałem oglądać się na nikogo, nikomu niczego tłumaczyć, wracałem wtedy, kiedy chciałem, wychodziłem wtedy, kiedy musiałem. Wydawało mi się, że tak było prościej. Teraz coraz częściej łapałem się na tym, że nie wyobrażałem sobie powrotu do tamtego stylu życia. To było trochę szokujące, ale znacznie bardziej przyjemne niż przerażające.
- Powinniśmy tylko chyba najpielw splawdziś, czy one pszypadkiem nie losmnaszają się szybciej nisz klóliki. - Zerknąłem na nią kątem oka, nie wątpiąc, iż to był ten moment, gdy mogła wykazać się wiedzą branżową magizoologicznego uzdrowiciela, a potem wyjrzałem przez okno na ciemniejący, rozległy ogród. Im dłużej o tym mówiliśmy, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że gdybym naprawdę kiedyś przytaszczył do domu rannego… Jakiegokolwiek zwierza wykazującego potencjał, ona nawet przez chwilę nie zastanawiałaby się nad tym, czy go zatrzymać. Najpierw obejrzałaby go od czubka pyska po koniec ogona, później przygotowałaby dla niego miejsce, a na końcu jeszcze dobrałaby mu parkę. - Inaczej, zanim się obejszymy, będziemy mieli całe stado małych, piszczących i wiecznie nienasyconych błotolyjątek losnoszących nam oglód w gszęsawisko. - Przez ułamek sekundy pomyślałem o tym, jak to jest budować dla kogoś bezpieczną przystań, ale szybko odgoniłem tę myśl, skupiając się na jej rozpromienionej twarzy. Człowiek nawet nie zauważał, kiedy zaczynał myśleć o przyszłości trochę dalej niż do następnego zlecenia…
Moje myśli na moment uciekły w stronę tej wielkiej, pustej przestrzeni, a potem wróciły do jej słów o ocenianiu książki po okładce. Doskonale wiedziałem, co ludzie o mnie mówili i jak na mnie patrzyli - facet z przeszłością, szemrany typ, który nie wzbudzał zaufania u porządnych czarodziejów - a jednak ona stała tu przede mną, patrząc na mnie wzrokiem, w którym nie było ani krzty zwątpienia. To niesamowite, jak bardzo potrafiła przejrzeć moją fasadę i jak bezczelnie, z pełną premedytacją, ignorowała wszelkie ostrzeżenia, decydując się ufać mi bezgranicznie, co jednocześnie napawało mnie dumą i kompletnie rozbrajało. To, że o tym nie mówiłem, nie zmieniało faktu, iż to widziałem. 
Odetchnąłem z ulgą, kiedy temat sprzątania został oficjalnie odłożony na jutro, bo wizja machania różdżką i zbierania tego całego bałaganu o tak nieludzkiej porze napawała mnie autentycznym wstrętem. Rozejrzałem się po przedpokoju, który po naszych dzisiejszych… Przejściach wyglądał, jakby przeszło przez niego małe tornado. Skoro ona uznała, że nie jest tak źle i wolała odłożyć sprzątanie na jutro, absolutnie nie zamierzałem protestować, bo lenistwo w jej wydaniu było wyjątkowo zaraźliwe i kuszące.
- Oczywiście, sze nie wygląda źle. - Przytaknąłem z całkowicie poważną miną. - Gdybyśmy byli błotolyjami, uznałbym nawet, sze jest całkiem pszytulnie. - Wystarczyło jednak spojrzeć na jej twarz, żeby wiedzieć, że sama nie wierzyła we własne usprawiedliwienia. Cieszyłem się też w duchu, że nie musiała z samego rana biec do pracy, bo to oznaczało, że nie ucieknie mi o świcie do Ministerstwa i będziemy mogli po prostu posiedzieć razem, ignorując ten cały rozgardiasz, który sami stworzyliśmy. To chyba najbardziej mnie w tym wszystkim bawiło, stwierdzenie, że „nie jest aż tak źle”, zasługiwało na jakąś nagrodę w kategorii bezczelnego zaklinania rzeczywistości.
Na wzmiankę o cyrografie jęknąłem demonstracyjnie. Gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że przywyknę do tego, iż ktoś będzie się o mnie martwił, pewnie popukałbym się w czoło. Teraz było inaczej, nadal nie cierpiałem być oceniany pod kątem zdrowotnym, analizowany niczym pacjent w Świętym Mungu, zwłaszcza po tym, jak oberwałem - natychmiast czułem potrzebę spięcia mięśni i udawania, że wszystko jest w absolutnym porządku, żeby tylko nie dać jej pretekstu do wyciągnięcia eliksirów - natomiast jakoś się przed tym powstrzymywałem.
- O tak, ten słynny cylograf małszeński… - Odparłem z udawanym ciężkim westchnieniem, moja żona potrafiła być bezwzględna w swoim uroczym despotyzmie, przypominając mi o małżeńskich zobowiązaniach w najmniej oczekiwanych momentach. Musiałem przyznać, nawet jeśli tylko przed samym sobą, że ten jej specyficzny „cyrograf” był najlepszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała, nawet jeśli oznaczała wieczną utratę kawalerskiego, impulsywnego stylu postępowania. To było na swój sposób przerażające, a jednocześnie dziwnie pociągające, zupełnie sprzeczne z moim dotychczasowym podejściem do życia. Wiedziałem, że gdzieś był haczyk, lecz mimo żartów czułem coś zupełnie innego niż teraz teatralnie sygnalizowałem - przez większość życia nikt nie pytał mnie, czy wszystko ze mną w porządku, przywykłem do tego, trudno było tak po prostu zmienić podejście - jej troska czasem mnie mieszała, czasem drażniła, ale ani razu nie pomyślałem, że wolałbym jej nie mieć. Nie byłbym jednak sobą, gdybym tak łatwo odpuścił sobie komentowanie - dlatego, kiedy zapewniła, że nie będzie nadgorliwa, uniosłem brwi z powątpiewaniem. To, że ufałem jej bezgranicznie i wpuszczałem ją za mury, których nikt inny nigdy nawet nie musnął, nie oznaczało, że zamierzałem stać się potulnym pacjentem realizującym zalecenia z karty. Moje wewnętrzne „ja” wciąż zgrzytało zębami na widok każdej próby oceny moich żeber w celach czysto medycznych.
- Mhm… I tego się tszymajmy - uniosłem palec ostrzegawczo - bo jak znowu zaczniesz oglądaś mnie jak jakiś wyjątkowo intelesujący pszypadek kliniczny, to specjalnie zacznę utykaś na dlugą nogę, szeby splawdzić, czy zauwaszysz lósznisę. - Udawałem cierpiętnika, ale prawda była taka, iż wiedziałem, że zauważyłaby natychmiast - na tym właśnie polegał „problem” - nie dało się niczego przed nią ukryć, jeśli tylko postanowiła się przyjrzeć…
Koniec końców, gdy tak wzruszyła ramionami, rzucając uwagą, że nie można być dobrym we wszystkim, z trudem powstrzymałem drżenie warg, przypominając sobie, jak bezbłędnie potrafiła uderzyć słowem i wiedzą - nie musiała być nieludzko silna fizycznie, wystarczyło, że umiała człowieka wykończyć argumentami, a to często bolało mocniej i dłużej niż porządny siniak.
Ruszyłem za nią w głąb domu, przyglądając się linii jej pleców i temu, jak swobodnie poruszała się w przestrzeni, którą wspólnie stworzyliśmy. Opcji na spędzenie reszty tego wieczoru było rzeczywiście sporo, ale nagle straciłem jakiekolwiek zainteresowanie lodówką, barkiem z alkoholami czy nawet po prostu bezczynnym leżeniem na kanapie. Dom był duży, noc długa, a my mieliśmy przed sobą mnóstwo czasu, którego nie zamierzałem marnować na spanie czy rozmyślania o minionym dniu. Skupiłem cały swój wzrok na jej sylwetce, ignorując otaczający nas chaos, chciałem ją mieć blisko, poczuć zapach jej skóry i zagłuszyć ten jej racjonalny, uzdrowicielski głos czymś znacznie przyjemniejszym.
- A jak myślisz, moja dloga pani usdlowicielko, na co facet w moim stanie, po tak wyczelpująsym dniu, mosze mieś największą ochotę, kiedy stoi tak blisko swojej sony? - Przechyliłem lekko głowę, a na moje usta wypełzł ten specyficzny, wyzywający uśmiech, który zawsze zwiastował, że nie zamierzałem odpuścić klarującego się w mojej głowie planu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4999), Prudence Fenwick (3432)




Wiadomości w tym wątku
[24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 05.07.2026, 15:22
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 05.07.2026, 22:17
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 05.07.2026, 23:45
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.07.2026, 14:27
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.07.2026, 21:53
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.07.2026, 22:14
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 12.07.2026, 23:26
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 13.07.2026, 18:18
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 17.07.2026, 22:00
RE: [24/10/72] The Purple Prognosis | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 21.07.2026, 07:44

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa