17.07.2026, 12:09 ✶
Ostatni raz regularnym bywalcem lasów Woody bywał jeszcze za pacholęctwa, gdy to mieszkał nieopodal godrykowej puszczy. Będąc malcem do lat kilku, żywił ponadto głębokie przekonanie, że Knieję Godryka nazwano na cześć jego ojca, który wielkim człowiekiem był — i jedynym znanym synowi Godrykiem. Później okazało się, że założenie było błędne, co odbiło się głębokim rozczarowaniem w małym Longbottomie.
Dalej, to wiadomo: wyniósł się z Doliny Godryka, i tak to od lat jeśli już w lesie, to tylko na grzybkach! No, czasem jakiś sabat albo klątwa.
Maksyma Dory brzmiała dumnie — dumnie rzecz jasna dla lasu, i wujaszek potrafił dostrzec jej słuszność.
— Święta racja — przytaknął dziewczynie. — Lasy były tu jeszcze za dinozaurów. Czytaliśmy o tym trochę z Brenną swego czasu. Kupiłem jej taką książeczkę, gdzie w środku były obrazki dinozaurów, i każdy jeden właśnie na tle lasu, bo las był wtedy wszędzie. Wiedziałaś, że ulubionym dinozaurem Brenny jest brachiozaur? Takie wielkie bydle z szyją, o. — Ręka Woody’ego powędrowała w górę, aby zademonstrować kolosalne rozmiary prehistorycznego gada. — I tego hasało po lasach na pęczki kiedyś. Wyobrażasz sobie? Chodziło toto i cały dzień tylko żarło drzewa. I co? Ano nic, las stoi. Umiem, swoją drogą, świetną imitację warkotu brachiozaura — pochwalił się dumnie. — Brennie się podobała. — Jak miała sześć latek.
Pojadłby sobie grzybków w zalewie, a jakże. Choć tarpauliny nie zapadały w sen zimowy, to jesień nastrajała Woody’ego na łasuchowanie. Kiwał więc skwapliwie głową i już mu rosła wyrwa w brzuchu. Spacer po lasku był odświeżający, powietrze rześkie i pachnące igliwiem — wszystko to mile rozpieszczało mieszczuchowe zmysły, lecz nie ma to jak ciepły kąt i jeszcze cieplejszy obiad po takim wypadzie.
Woody zasalutował więc Dorze, gdy ta wskazała nowy kierunek, zakręcił termos i cała naprzód.
Im bliżej tajemniczych drzew się znajdowali, tym większej czarodziej nabierał pewności, że to, co przed nimi, to pajęczyna. Tylko, cholera, jaka ogromna. Olbrzymia sieć rozpięta pomiędzy wysokimi sosnami, na których z trudnością stołowałby się najwyższy z brachiozaurów.
— O cię pieron. — Woody zadarł łeb do góry, przytrzymując kapelusz ręką, żeby mu się nie zsunął z łysiny. Taką rozległą plątaniną nici można byłoby cieplutko otulić na zimę wieżowiec. — Ty wiesz, skąd się takie bierze? — zerknął z ukosa na Dorę.
Dalej, to wiadomo: wyniósł się z Doliny Godryka, i tak to od lat jeśli już w lesie, to tylko na grzybkach! No, czasem jakiś sabat albo klątwa.
Maksyma Dory brzmiała dumnie — dumnie rzecz jasna dla lasu, i wujaszek potrafił dostrzec jej słuszność.
— Święta racja — przytaknął dziewczynie. — Lasy były tu jeszcze za dinozaurów. Czytaliśmy o tym trochę z Brenną swego czasu. Kupiłem jej taką książeczkę, gdzie w środku były obrazki dinozaurów, i każdy jeden właśnie na tle lasu, bo las był wtedy wszędzie. Wiedziałaś, że ulubionym dinozaurem Brenny jest brachiozaur? Takie wielkie bydle z szyją, o. — Ręka Woody’ego powędrowała w górę, aby zademonstrować kolosalne rozmiary prehistorycznego gada. — I tego hasało po lasach na pęczki kiedyś. Wyobrażasz sobie? Chodziło toto i cały dzień tylko żarło drzewa. I co? Ano nic, las stoi. Umiem, swoją drogą, świetną imitację warkotu brachiozaura — pochwalił się dumnie. — Brennie się podobała. — Jak miała sześć latek.
Pojadłby sobie grzybków w zalewie, a jakże. Choć tarpauliny nie zapadały w sen zimowy, to jesień nastrajała Woody’ego na łasuchowanie. Kiwał więc skwapliwie głową i już mu rosła wyrwa w brzuchu. Spacer po lasku był odświeżający, powietrze rześkie i pachnące igliwiem — wszystko to mile rozpieszczało mieszczuchowe zmysły, lecz nie ma to jak ciepły kąt i jeszcze cieplejszy obiad po takim wypadzie.
Woody zasalutował więc Dorze, gdy ta wskazała nowy kierunek, zakręcił termos i cała naprzód.
Im bliżej tajemniczych drzew się znajdowali, tym większej czarodziej nabierał pewności, że to, co przed nimi, to pajęczyna. Tylko, cholera, jaka ogromna. Olbrzymia sieć rozpięta pomiędzy wysokimi sosnami, na których z trudnością stołowałby się najwyższy z brachiozaurów.
— O cię pieron. — Woody zadarł łeb do góry, przytrzymując kapelusz ręką, żeby mu się nie zsunął z łysiny. Taką rozległą plątaniną nici można byłoby cieplutko otulić na zimę wieżowiec. — Ty wiesz, skąd się takie bierze? — zerknął z ukosa na Dorę.
piw0 to moje paliwo