Zaszczypało go to, oj zaszczypało. Znacznie bardziej, niż zamierzał po sobie pokazać. To, że Atreus w ogóle uznał za stosowne zajrzeć pod powierzchnię. Louvain od zawsze z chorobliwą wręcz starannością oddzielał to, co należało do świata, od tego, co należało wyłącznie do niego. To co było na zewnątrz, było tym na co pozwalał oglądać, ale wszystko inne to co było pod skórą, pod jego czaszką były jego własnością. Nie towarem wystawionym na widok publiczny, nie czymś, co można było oglądać z czystej ciekawości tylko dlatego, że posiadało się odpowiednie umiejętnosci. Poczuł, jak odruchowa irytacja ściska mu szczękę. Najchętniej naprawdę naplułby mu w to zajebane trzecie oko za samo to bezczelne podglądactwo. To, że Bulstrode potrafił widzieć aurę, wcale nie oznaczało, że miał prawo zaglądać do jego wnętrza bez choćby symbolicznego pytania o zgodę. Dla Louvaina niewiele różniło się to od grzebania w cudzych rzeczach. I nie było żadnego właściwego wytłumaczenia od tego. Gdyby nie to, że jego ego właśnie otrzymało wyjątkowo staranny masaż i z błogim zadowoleniem wygrzewało się w przewadze w punktacji, byłby to prawdopodobnie najwłaściwszy moment, żeby się pokłócić. A znając ich obu, kłótnia bardzo szybko przerodziłoby się w bijatykę. Granica między pyskówką a bójką od zawsze była u nich niepokojąco cienka, a bezczelna próba podejrzenia jego aury stanowiła wystarczająco dobry pretekst, by ją bez większego wysiłku przekroczyć. Na szczęście zwycięstwo skutecznie łagodziło jego charakter. Przynajmniej na razie.
Nie odpowiedział od razu. Przez krótką chwilę tylko patrzył na Atreusa srogim spojrzeniem, a gdy w końcu się odezwał, z jego głosu zniknęło całe wcześniejsze rozbawienie. - Zrobiłeś to ostatni raz. Nie zamierzał niczego wyjaśniać. Nie było takiej potrzeby. Atreus doskonale wiedział, o czym mówił. Wiedział też, że jako oklument Louvain był wyjątkowo wyczulony na wszelką ingerencję w to, co wykraczało poza zwykłe zmysły. Sam fakt, że spróbował, było frajerskim ruchem. Może Atreusowi wydawało się, że nie zrobił nic złego. Że korzystał ze swojego daru tak samo jak zawsze, zaglądając w aurę każdego, kto akurat przykuł jego uwagę. Louvaina ani trochę to nie obchodziło. Mógł robić to z kim tylko chciał. Z obcymi, ze znajomymi, z kimkolwiek tylko chciał. Louvain miał ich wszystkich głęboko w dupie. Jego miał zostawić w spokoju. Nie zamierzał godzić się na to, żeby czyjaś ciekawość stawała ponad jego własnymi granicami.
Kącik jego ust uniósł się powoli, ale w uśmiechu nie było nic z serdeczności. Była za to ta dobrze znana, drażniąca ironia. - Mierny jesteś, nie ma sensu się nad tobą pastwić. Kolego. Ostatnie słowo zaakcentował z przesadną uprzejmością, niemal ostentacyjnie, jakby było jednocześnie przyjacielskim zwrotem i złośliwością.