22.07.2026, 21:34 ✶
Wciągnął gwałtownie powietrze, przymknąwszy na chwilę powieki, jak gdyby nie dowierzał temu, co usłyszał. Kąciki ust Aarona mimowolnie powędrowały do góry, gdy Lorien pociągnęła żart. Śmiał się nie tylko dlatego, że wynalazła okrężny sposób, aby połechtać jego męską próżność — bo przecież zrobiła to, wybierając czołg z armatą o najdłuższej jak na tamte czasy lufie! — śmiał się, bo łatwym było śmiać się przy niej. Było coś podniecającego w stanie, w jaki go wprawiała, w bliskości, jakiej wrażenie potrafiła stworzyć. Wtedy, gdy wciągała go w tę intymną przestrzeń między nimi, w przestrzeń, w której mogli mówić językiem znanym tylko im dwojgu. Wówczas z trudem wyobrażał sobie czasy, kiedy byli sobie obcymi. Nie rozumiał tego. Tego, że w locie chwytać umieli swoje myśli, tego, że dostrajali się do siebie, jak gdyby ciała ich ukształtowała ta sama procedura. Z wieloma aurorami stawał do walki ramię w ramię, ale żaden nie umiał odczytać go tak, jak czytała go Lorien. Nie dało się udawać takiej familiaryjności, nie dało się też zrzucić tego na pociąg fizyczny wyłącznie. Niewątpliwym było, że grawitowali w swoją stronę coraz bardziej. Nawet teraz, w ciemnościach spowijających gabinet luster, Aaron objął Lorien ramieniem, mimowolnie zwracając w jej stronę ciężar swego spojrzenia.
Lubił to w niej. To, jak odpowiadała na jego dotyk. To, jak przyjemnie dociążała go do ziemi, chociaż samej wydawała się potrzebować ugruntowania.
Może dlatego nie wahał się zagłębić wraz z nią w labirynt zaklętych luster. Nawet jeżeli cukierek uczynił go bardziej szczerym niż ustawa przewidywała, nie przejmował się tym zanadto; jak na jego gust, otaczało ich wystarczająco wiele iluzji. Nie lubił mówić o tym, co czuje, nie sposób było jednak od tego uciec, gdy odbicie obiektu jego uczuć otaczało go ze wszystkich stron.
Nie przepadał za słowami górnolotnymi nie dlatego, że był kimś mało inteligentnym albo ograniczonym: mógł wydawać się mężczyzną wyzbytym pospolitych wrażliwości, zdystansowanym od własnych uczuć, a jednak nie sądził, żeby miał problemy z ich wyrażaniem. To, że nie czynił z nich motoru swojego życia, nie znaczyło, że pozbawione były głębi. Aaron Moody godził w sobie wiele sprzeczności, których nie czuł potrzeby artykułować. Bywał kłamliwym, bywał też szczery do bólu. Znał, kiedy może wyładować gniew. Znał też, kiedy powinien powściągnąć swój temperament. Nie widział potrzeby w cenzurowaniu swych słów, aby nie godzić w cudze ego. Konflikt był dla niego czymś naturalnym, a różnica zdań nie oznaczała końca świata, nigdy jednak Aaron nie wywlekał swych frustracji w stosunku do tych, którzy nie mieli na to przestrzeni. W trakcie akcji ratunkowej potrafił w emocjach warknąć na kolegę z biura, po to tylko, aby zaraz w sposób nieskończenie cierpliwy tłumaczyć niedoszłej ofierze, że wszystko jest już dobrze.
Aaron Andrew Moody większość czasu wiedział, co ludzie chcieli usłyszeć, a jednak rzadko decydował się wypowiedzieć to na głos.
Gdyby tylko zechciał, z każdym umiałby nawiązać rozmowę. Był jak zaprawiony w bojach dowódca, któremu wystarczał jeden rzut oka, żeby ocenić morale swych żołnierzy. Często obejmował jego funkcję, nie dlatego, że zależało mu na zaszczytach, ale dlatego, że taki miał charakter. Ludzie mu ufali. Nie skrywał w sobie pokładów charyzmy, ale był kimś godnym zaufania, kimś stabilnym: osiągnąłby w życiu więcej, gdyby zdecydował się to wykorzystać dla własnej korzyści. Gdyby był choć odrobinę bardziej ugodowym, zamiast obstawać uparcie przy swoim. Kiedyś był mniej zatwardziałym. Nauczyciele powtarzali, że dzięki swemu sprytowi zajdzie bardzo daleko w życiu. Przyjaciele marszczyli brwi, gdy zdradzał się przed nimi ze swoją dwulicowością: gdy krył swoje niechęci i uprzedzenia pod maską poprawności. Co się stało z młodzieńcem, który dbał o to, aby zwracać się do każdego z właściwym szacunkiem, zimno uprzejmym nawet wtedy, gdy czuł się zranionym? Co z mężczyzną, który powściągał język, bo wiedział, że jego szczerość zranić może ludzi bardziej niż kłamstwo? Ostał się tylko starzec, podobny w swej upartości do pacholęcia. Nie wiek sprowadził na niego zmianę, lecz moralny sprzeciw wobec korupcji, jakiej podlegał świat. Żyli bowiem w świecie, w którym słowa nieustannie traciły na znaczeniu. Nie dlatego, że powtarzano je zbyt często, ale dlatego, że szafowano nimi zbyt odważnie w stosunku do niewłaściwych ludzi, a przede wszystkim — w niewłaściwej intencji. Aaron nie chciał używać słów, aby manipulować ludźmi. Wiedział, że byłby do tego zdolnym, a jednak hardo przeciwstawiał się własnej naturze. Wielu mogłoby nazwać go przez to prostym, prostackim wręcz. Widziano w nim zaślepionego własnym fanatyzmem glinę, którym łatwo manipulować, umięśnionego chłopka roztropka, ślepo wykonującego rozkazy, upajającego się iluzją władzy funkcjonariusza, wykorzystującego swoją funkcję do siania systemowego terroru. Tylko on wiedział, jakim mógłby być naprawdę. Aaron Andrew Moody wybierał dobro w pełni świadomie. Nie oznaczało to, że był dobrym dla wszystkich: oznaczało to, że odmawia przyzwolenia na zło.
Czasem musiał być więc złym.
Ze swoją naturą był w pełni pogodzonym, a jednak na początku wciąż zdarzało mu się hamować, kiedy chodziło o Lorien. "Powinnam była cię dłużej przetrzymać wczoraj w nocy?", spytała. Jeszcze kilka tygodni temu odpowiedziałby, że powinna wyjść wcześniej, bo za bardzo pragnie, żeby została.
Dzisiaj tylko spojrzał na nią z góry.
— Żeby tylko wczoraj — odpowiedział prosto, składając zaklętą mapę jednym skinieniem różdżki. Było coś w jego sposobie bycia, co tchnęło niewymuszonym spokojem, gdy była tuż obok. Było w nim też coś wyzywającego. Nie była to arogancja, bardziej uważna kalkulacja, w zielonych ślepiach pojawiło się bowiem wyczekiwanie. No i co, zdawały się pytać, naprawdę jestem taki opancerzony, że nie zdołasz podważyć blachy paznokciami? Cały sęk tkwił w tym jednak, że nie musiała się z nim siłować. Oto po dżentelmeńsku otworzył przed nią właz, zaprosił do obejrzenia wnętrza. Odsłonił konsolę z panelem sterowania, jak gdyby nie miał przed nią niczego do ukrycia. Czy nie obawiał się, że jest szpiegiem obcego wywiadu? Aaron potrafił być szalenie nieprzystępnym, gdy jednak miał obok siebie Lorien, wtedy nie chciał być nikim innym, jak sobą.
— Sny nie dorównują jawie, bo są jedynie jej odpryskiem. Niczym więcej jak wiórami krzesanymi z drewna, któremu świadomie nadać musisz kształt. Rzeczywistość kształtujesz rękoma. Po co mam więc śnić o czymś, gdy mogę mieć to namacalnie? — Poruszyły się palce dłoni, którą trzymał dotychczas opartą na talii Lorien: nie musiał wpijać ich pożądliwie w ciało, aby przypomnieć o swojej obecności; jego dotyk był wystarczająco ciężkim. — Snów nie schwytam przecież w ręce. Nie poczuję, jak sen wspiera się na moim ramieniu. Sen nie da się zaprosić do kina na głupi film, nie pobiegnie ze mną w deszczu. Nie odpowie na mój żart. Sen nie ogrzeje mojego łóżka. A po przebudzeniu… Po przebudzeniu nie zastanę go obok. — Mówił cicho, powoli, dostosowując swój krok do kroku Lorien, kluczącej między lustrami. Nie patrzył w stronę zaklętych tafli, kątem oka śledząc tylko bardziej krzykliwe efekty. — Wiem wszystko o Lorien ze snu — stwierdził obojętnie. — Nie wiem jeszcze tak wiele o rzeczywistej Lorien. Ta ze snu zażartowałaby, że bliżej mi do brytyjskiego Centuriona. Rzeczywista natomiast… — Aaron przechylił głowę w stronę Lorien, ściszywszy głos, jak gdyby zdradzał jej wielką tajemnicę. Delikatne zmarszczki pojawiły się w kącikach jego oczu, wyprzedzając uśmiech, który tak rzadko rozświetlał jego twarz. Aaron zawsze uśmiechał oczami. — Rzeczywistość zawsze okazuje się lepszą niż moje wyobrażenia. Myślę, że jest między nami coś dobrego, Lorien. Coś rzeczywistego. Ty tak nie myślisz?
Zmarszczył delikatnie brwi dopiero, gdy stanęli przed kolejnym lustrem.
!BINGO D4
Lubił to w niej. To, jak odpowiadała na jego dotyk. To, jak przyjemnie dociążała go do ziemi, chociaż samej wydawała się potrzebować ugruntowania.
Może dlatego nie wahał się zagłębić wraz z nią w labirynt zaklętych luster. Nawet jeżeli cukierek uczynił go bardziej szczerym niż ustawa przewidywała, nie przejmował się tym zanadto; jak na jego gust, otaczało ich wystarczająco wiele iluzji. Nie lubił mówić o tym, co czuje, nie sposób było jednak od tego uciec, gdy odbicie obiektu jego uczuć otaczało go ze wszystkich stron.
Nie przepadał za słowami górnolotnymi nie dlatego, że był kimś mało inteligentnym albo ograniczonym: mógł wydawać się mężczyzną wyzbytym pospolitych wrażliwości, zdystansowanym od własnych uczuć, a jednak nie sądził, żeby miał problemy z ich wyrażaniem. To, że nie czynił z nich motoru swojego życia, nie znaczyło, że pozbawione były głębi. Aaron Moody godził w sobie wiele sprzeczności, których nie czuł potrzeby artykułować. Bywał kłamliwym, bywał też szczery do bólu. Znał, kiedy może wyładować gniew. Znał też, kiedy powinien powściągnąć swój temperament. Nie widział potrzeby w cenzurowaniu swych słów, aby nie godzić w cudze ego. Konflikt był dla niego czymś naturalnym, a różnica zdań nie oznaczała końca świata, nigdy jednak Aaron nie wywlekał swych frustracji w stosunku do tych, którzy nie mieli na to przestrzeni. W trakcie akcji ratunkowej potrafił w emocjach warknąć na kolegę z biura, po to tylko, aby zaraz w sposób nieskończenie cierpliwy tłumaczyć niedoszłej ofierze, że wszystko jest już dobrze.
Aaron Andrew Moody większość czasu wiedział, co ludzie chcieli usłyszeć, a jednak rzadko decydował się wypowiedzieć to na głos.
Gdyby tylko zechciał, z każdym umiałby nawiązać rozmowę. Był jak zaprawiony w bojach dowódca, któremu wystarczał jeden rzut oka, żeby ocenić morale swych żołnierzy. Często obejmował jego funkcję, nie dlatego, że zależało mu na zaszczytach, ale dlatego, że taki miał charakter. Ludzie mu ufali. Nie skrywał w sobie pokładów charyzmy, ale był kimś godnym zaufania, kimś stabilnym: osiągnąłby w życiu więcej, gdyby zdecydował się to wykorzystać dla własnej korzyści. Gdyby był choć odrobinę bardziej ugodowym, zamiast obstawać uparcie przy swoim. Kiedyś był mniej zatwardziałym. Nauczyciele powtarzali, że dzięki swemu sprytowi zajdzie bardzo daleko w życiu. Przyjaciele marszczyli brwi, gdy zdradzał się przed nimi ze swoją dwulicowością: gdy krył swoje niechęci i uprzedzenia pod maską poprawności. Co się stało z młodzieńcem, który dbał o to, aby zwracać się do każdego z właściwym szacunkiem, zimno uprzejmym nawet wtedy, gdy czuł się zranionym? Co z mężczyzną, który powściągał język, bo wiedział, że jego szczerość zranić może ludzi bardziej niż kłamstwo? Ostał się tylko starzec, podobny w swej upartości do pacholęcia. Nie wiek sprowadził na niego zmianę, lecz moralny sprzeciw wobec korupcji, jakiej podlegał świat. Żyli bowiem w świecie, w którym słowa nieustannie traciły na znaczeniu. Nie dlatego, że powtarzano je zbyt często, ale dlatego, że szafowano nimi zbyt odważnie w stosunku do niewłaściwych ludzi, a przede wszystkim — w niewłaściwej intencji. Aaron nie chciał używać słów, aby manipulować ludźmi. Wiedział, że byłby do tego zdolnym, a jednak hardo przeciwstawiał się własnej naturze. Wielu mogłoby nazwać go przez to prostym, prostackim wręcz. Widziano w nim zaślepionego własnym fanatyzmem glinę, którym łatwo manipulować, umięśnionego chłopka roztropka, ślepo wykonującego rozkazy, upajającego się iluzją władzy funkcjonariusza, wykorzystującego swoją funkcję do siania systemowego terroru. Tylko on wiedział, jakim mógłby być naprawdę. Aaron Andrew Moody wybierał dobro w pełni świadomie. Nie oznaczało to, że był dobrym dla wszystkich: oznaczało to, że odmawia przyzwolenia na zło.
Czasem musiał być więc złym.
Ze swoją naturą był w pełni pogodzonym, a jednak na początku wciąż zdarzało mu się hamować, kiedy chodziło o Lorien. "Powinnam była cię dłużej przetrzymać wczoraj w nocy?", spytała. Jeszcze kilka tygodni temu odpowiedziałby, że powinna wyjść wcześniej, bo za bardzo pragnie, żeby została.
Dzisiaj tylko spojrzał na nią z góry.
— Żeby tylko wczoraj — odpowiedział prosto, składając zaklętą mapę jednym skinieniem różdżki. Było coś w jego sposobie bycia, co tchnęło niewymuszonym spokojem, gdy była tuż obok. Było w nim też coś wyzywającego. Nie była to arogancja, bardziej uważna kalkulacja, w zielonych ślepiach pojawiło się bowiem wyczekiwanie. No i co, zdawały się pytać, naprawdę jestem taki opancerzony, że nie zdołasz podważyć blachy paznokciami? Cały sęk tkwił w tym jednak, że nie musiała się z nim siłować. Oto po dżentelmeńsku otworzył przed nią właz, zaprosił do obejrzenia wnętrza. Odsłonił konsolę z panelem sterowania, jak gdyby nie miał przed nią niczego do ukrycia. Czy nie obawiał się, że jest szpiegiem obcego wywiadu? Aaron potrafił być szalenie nieprzystępnym, gdy jednak miał obok siebie Lorien, wtedy nie chciał być nikim innym, jak sobą.
— Sny nie dorównują jawie, bo są jedynie jej odpryskiem. Niczym więcej jak wiórami krzesanymi z drewna, któremu świadomie nadać musisz kształt. Rzeczywistość kształtujesz rękoma. Po co mam więc śnić o czymś, gdy mogę mieć to namacalnie? — Poruszyły się palce dłoni, którą trzymał dotychczas opartą na talii Lorien: nie musiał wpijać ich pożądliwie w ciało, aby przypomnieć o swojej obecności; jego dotyk był wystarczająco ciężkim. — Snów nie schwytam przecież w ręce. Nie poczuję, jak sen wspiera się na moim ramieniu. Sen nie da się zaprosić do kina na głupi film, nie pobiegnie ze mną w deszczu. Nie odpowie na mój żart. Sen nie ogrzeje mojego łóżka. A po przebudzeniu… Po przebudzeniu nie zastanę go obok. — Mówił cicho, powoli, dostosowując swój krok do kroku Lorien, kluczącej między lustrami. Nie patrzył w stronę zaklętych tafli, kątem oka śledząc tylko bardziej krzykliwe efekty. — Wiem wszystko o Lorien ze snu — stwierdził obojętnie. — Nie wiem jeszcze tak wiele o rzeczywistej Lorien. Ta ze snu zażartowałaby, że bliżej mi do brytyjskiego Centuriona. Rzeczywista natomiast… — Aaron przechylił głowę w stronę Lorien, ściszywszy głos, jak gdyby zdradzał jej wielką tajemnicę. Delikatne zmarszczki pojawiły się w kącikach jego oczu, wyprzedzając uśmiech, który tak rzadko rozświetlał jego twarz. Aaron zawsze uśmiechał oczami. — Rzeczywistość zawsze okazuje się lepszą niż moje wyobrażenia. Myślę, że jest między nami coś dobrego, Lorien. Coś rzeczywistego. Ty tak nie myślisz?
Zmarszczył delikatnie brwi dopiero, gdy stanęli przed kolejnym lustrem.
!BINGO D4
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name