Na odbitkę o Desiderii nie odpowiedział już ani jednym słowem. Zamiast tego cicho cmoknął z kącikiem ust uniesionym w złośliwym rozbawieniu, jakby przyznawał jej punkt wyłącznie dlatego, że znał swoją własną prawdę o wiele lepiej. Do czego była zdolna Zabini, wiedział aż nazbyt dobrze. Z niemałą wprawą wydobywał z niej temperament, który na co dzień skrywała pod chłodną, angielską powściągliwością. Wystarczyło cierpliwie i z wyczuciem naciskać właściwe miejsca. O przekraczaniu cudzych granic przecież wiedział aż zbyt wiele. Gdy cierpliwość Desiderii w końcu się wyczerpywała, sycylijski gniew był żywiołem, który trawił wszystko jednakowo i bezlitośnie. A zasłony? Nimi zapewne nie zawracałaby sobie głowy. Ale gdyby do jej rąk trafił list, w którym Astoria z własnej inicjatywy wpraszała się do domu jej oraz jej narzeczonego? Tutaj nie miał najmniejszych złudzeń. Wtedy najpewniej wydłubałaby im oczy z tą samą, złowieszczą satysfakcją. Było w tym coś chorobliwie przyjemnego. Nie chodziło nawet o próżność faceta liczącego własne podboje. Znacznie bardziej pociągała go sama świadomość, że w ich historiach pozostawał punktem wspólnym. I gdyby tylko bardzo zapragnął, z łatwością mógłby zamienić tę zbieżność w źródło konfliktu. Wystarczyła tylko zręcznie uknuta intryga, jedno podsunięte nieporozumienie i odrobina cierpliwości. Nastawić jedną przeciwko drugiej, a potem już tylko delektować się sztuką destrukcji.
Ile warte były jego słowa? To zależy. Pragmatyzm od zawsze stawiał ponad wszystkie romantyczne wyobrażenia o honorze, lojalności czy uczciwości. Słowa nie posiadały dla niego wartości same z siebie. Ich cena zmieniała się wraz z człowiekiem, któremu były składane. Zanim komukolwiek coś obiecał, mimowolnie dokonywał rachunku. Czy czuł do tej osoby respekt? Czy widział w niej dość siły, ciała lub charakteru, by uznać ją za partnera, a nie jedynie pionka? Jak wysoko wyceniał jej sprawczość, zdolność wpływania na świat i ludzi? Dopiero wtedy decydował, ile warte będzie jego własne słowo. Nie był to jednak rachunek całkowicie chłodny. Istniały zobowiązania, których nie dało się sprowadzić do użyteczności. Sentyment, nazwisko, pochodzenie, dawne przysługi czy więzy krwi potrafiły zmienić wynik równie skutecznie jak partykularny interes. Louvain nie uważał się za człowieka kierującego emocjami, ale był wystarczająco przebiegły, by wiedzieć, że nawet one miały swoją wartość i należało uwzględniać je w bilansie. - Nie jestem. Mam tylko dobrą intuicję. Z uśmiechem pod nosem, patrzył na dogadające płomienie. Nie ujmując nic z godności Avery, przy większości z tych kryteriów jej notowania pozostawały co najmniej stabilne. Nie imponowała brutalnością ani bezwzględnością, lecz posiadała coś własnego. Coś co zdążył zauważyć do tej chwili. Charakter, który nie uginał się pod pierwszym jego naporem.
Na jej pytanie spojrzał z dokładnie tym samym pobłażliwym niedowierzaniem, którym jeszcze przed chwilą sama go obdarzyła. - Nikt nie będzie od ciebie oczekiwał kompetencji których nie posiadasz. Ale jeśli będziesz chciała je poszerzyć, służę pomocą w każdej godzinie. Kącik jego ust drgnął w cieniu uśmiechu. Było to zresztą jedno z niewielu założeń Kromlechu, które uważał za bezdyskusyjnie rozsądne. Każdy wnosił to, w czym był naprawdę wartościowy. Jedni zdobywali informacje, inni zdobywali zadoby, jeszcze inni byli od rozwiązań siłowych. Świat nie potrzebował armii identycznych wykonawców, lecz ludzi potrafiących zagospodarować własną niszę.
Ukrył szelmowski uśmiech za grubym szkłem szklanki. To prawda, było w tym coś niemal nastoletniego - ta cicha, zupełnie niepotrzebna satysfakcja z rzucenia zakazanego słowa tylko po to, by sprawdzić, jak wybrzmi ono na jej twarzy. Doskonale wiedział, że nie uchodziło i tym bardziej nie potrafił sobie tego odmówić. Skoro już była tu naprzeciw niego, pod jego własnym dachem, i z własnej woli weszła z nim w otwartą dyskusję, nie zamierzał rezygnować ze swoich małych gierek tylko dlatego, że od czasu do czasu krzywiła się na ich zasady. - Nie odbieram sobie miłych wspomnień. Odpowiedział bardzo zwiewnie, niby jakby tylko wzdychając przy tym. Szkoda jedynie, że poskąpiła mu większej satysfakcji. Liczył przynajmniej na krótkie zawahanie, może odwrócone spojrzenie albo rumieniec. Zamiast tego dostał jedynie błyskawiczną kontrę i chłodną przytomność umysłu. Cóż, miała do tego pełne prawo. Na wspomnienie tatuażu uśmiech zniknął z jego twarzy tak nagle, jakby nigdy go tam nie było. Spoważniał momentalnie. Zamilkł, odwracając od niej wzrok. Bez słowa wrócił do karafki. Bursztynowy alkohol spłynął do szklanki cichym strumieniem. Dopiero wtedy sięgnął po różdżkę. Jedno niedbałe machnięcie skierował ku drzwiom prowadzącym na korytarz. Zatrzasnęły się z głuchym hukiem. Drugie - ku wejściu do bibloteczki. Tamte również zamknęły się z wyraźnym trzaskiem. Atmosfera zgęstniała niemal natychmiast. To ona sprawiła, że rozmowa wkroczyła na teren, z którego nie było już wygodnego odwrotu. Nawet jeśli w domu nie powinno być nikogo więcej, dalsze słowa - i to, co za chwilę miała zobaczyć - nie należały do rzeczy, którym powinien przysłuchiwać się choćby rodowy skrzat. Dopił większy łyk whisky, odstawił szklankę i dopiero wtedy ponownie na nią spojrzał. W jego oczach znów zamigotała znajoma przekora. - A jednak chcesz mnie rozbierać. Pozwolił sobie na cień uśmiechu, lecz zniknął równie szybko, jak się pojawił. Bez dalszych komentarzy zsunął z ramion marynarkę i niedbale przerzucił ją przez oparcie fotela. Chwilę później zrobił to samo z kamizelką. Rozpiął mankiet lewej koszuli, podwinął rękaw powyżej przedramienia i odsłonił skórę. Mroczny Znak od razu przykuwał wzrok. Nie przypominał zwykłego tatuażu, był inny niż cała reszta tego sortu. Czerń zdawała się głębsza od każdej innej, jakby tusz nie tyle spoczywał na skórze, ile pochłaniał padające na niego światło. Wijący się wąż wychodzący z czaszki sprawiał wrażenie niemal żywego, a całość wyglądała bardziej jak wypalone piętno, niż dzieło ludzkiej ręki. Louvain przez chwilę pozwolił jej patrzeć, nie próbując niczego tłumaczyć. - Od kogo się o nim dowiedziałaś? Tym razem nie brzmiało to jak kolejne pytanie w ich grze. W jego głosie nie było już ani śladu ironii. Została jedynie chłodna czujność, bo właśnie zorientował się, że rozmówczyni wie o świecie znacznie więcej, niż powinna. Wbijał w nią swoje groźne spojrzenie, bo od tego co zaraz powie może zależeć całkiem sporo.