27.07.2026, 20:03 ✶
— Gdybyś oznajmiła mi, że jutro znów zamierzasz zniknąć na drugim krańcu świata, pierwszy raz w życiu rozważyłabym użycie tak barbarzyńskich metod, jak na przykład przywiązanie cię do kaloryfera — odparła w odpowiedzi, uśmiechając się pod nosem.
Londyn, mimo że przez ostatnie lata stał się miejscem znajomym, nadal pozostawał miastem obcym w tych najcichszych godzinach wieczoru. Dla kogoś wychowanego wśród nieustannego szumu fal, krzyku mew i pieśni wiatru uderzającego o skaliste brzegi, brudna Tamiza była paskudna!
A jej Urd przypominała jej morze, z którym obie były nierozerwalnie związane. Można było próbować je uspokoić, prosić je o łaskę, a nawet nawet budować przeciwko niemu najdoskonalsze zapory. Ostatecznie jednak przypływ zawsze odnajdywał szczelinę, przez którą mógł się wedrzeć. W związku z tym, Brynja westchnęła delikatnie, gdy siostra nie dała za wygraną. Nie była przecież tą samą drobną istotą, którą należało osłaniać przed każdym chłodniejszym powiewem losu, czy słowem, które mogłoby zranić zbyt młode serce. Co więcej, znała już smak samotności. Nauczyła się żyć z tym wszystkim.
Nie rozsypała się, choć niejednokrotnie miała ku temu powody… Jednakże Urd wciąż spoglądała na nią tak, jakby przed sobą miała tę samą małą foczkę sprzed lat.
Czego właściwie tak bardzo się obawiała? Czy tego, że młodsza siostra ujrzałaby pęknięcia w obrazie, który przez lata tak starannie budowała? Że dostrzegłaby chwile zwątpienia ukryte za uśmiechem? Że przestałaby widzieć w niej niezniszczalną bohaterkę, zdolną przepędzić ducha z przeklętej świątyni i wrócić do domu z uśmiechem na ustach? Brynja nie potrzebowała bohaterki. Potrzebowała siostry. Nie powiedziała jednak nic.
— Właściwie to dziś mamy Mabon. Chyba obraziłabym wszystkich dawnych bogów, gdybyśmy świętowały równonoc czymś takim — odezwała się po chwili, kiedy odwróciła się ku siostrze. Spojrzała na zawiniątko z rybą i frytkami leżące na blacie. Bryja wyglądała… nieśmiało. Rzadko o coś prosiła. — Ale skoro już zesłałaś się na moją biedną szafkę nocną niczym grom z jasnego nieba, nie pozwolę ci nigdzie uciec. Co ty na to abyśmy urządziły sobie prawdziwą ucztę? Nie będzie wprawdzie pieśni skaldów, ale dam sobie radę. Upiekę rybę, zrobię chleb z jabłkami… och! Może nawet znajdzie się butelka cydru, którą trzymałam na lepszą okazję. Zostań dziś ze mną, Urd.
Londyn, mimo że przez ostatnie lata stał się miejscem znajomym, nadal pozostawał miastem obcym w tych najcichszych godzinach wieczoru. Dla kogoś wychowanego wśród nieustannego szumu fal, krzyku mew i pieśni wiatru uderzającego o skaliste brzegi, brudna Tamiza była paskudna!
A jej Urd przypominała jej morze, z którym obie były nierozerwalnie związane. Można było próbować je uspokoić, prosić je o łaskę, a nawet nawet budować przeciwko niemu najdoskonalsze zapory. Ostatecznie jednak przypływ zawsze odnajdywał szczelinę, przez którą mógł się wedrzeć. W związku z tym, Brynja westchnęła delikatnie, gdy siostra nie dała za wygraną. Nie była przecież tą samą drobną istotą, którą należało osłaniać przed każdym chłodniejszym powiewem losu, czy słowem, które mogłoby zranić zbyt młode serce. Co więcej, znała już smak samotności. Nauczyła się żyć z tym wszystkim.
Nie rozsypała się, choć niejednokrotnie miała ku temu powody… Jednakże Urd wciąż spoglądała na nią tak, jakby przed sobą miała tę samą małą foczkę sprzed lat.
Czego właściwie tak bardzo się obawiała? Czy tego, że młodsza siostra ujrzałaby pęknięcia w obrazie, który przez lata tak starannie budowała? Że dostrzegłaby chwile zwątpienia ukryte za uśmiechem? Że przestałaby widzieć w niej niezniszczalną bohaterkę, zdolną przepędzić ducha z przeklętej świątyni i wrócić do domu z uśmiechem na ustach? Brynja nie potrzebowała bohaterki. Potrzebowała siostry. Nie powiedziała jednak nic.
— Właściwie to dziś mamy Mabon. Chyba obraziłabym wszystkich dawnych bogów, gdybyśmy świętowały równonoc czymś takim — odezwała się po chwili, kiedy odwróciła się ku siostrze. Spojrzała na zawiniątko z rybą i frytkami leżące na blacie. Bryja wyglądała… nieśmiało. Rzadko o coś prosiła. — Ale skoro już zesłałaś się na moją biedną szafkę nocną niczym grom z jasnego nieba, nie pozwolę ci nigdzie uciec. Co ty na to abyśmy urządziły sobie prawdziwą ucztę? Nie będzie wprawdzie pieśni skaldów, ale dam sobie radę. Upiekę rybę, zrobię chleb z jabłkami… och! Może nawet znajdzie się butelka cydru, którą trzymałam na lepszą okazję. Zostań dziś ze mną, Urd.
Destiny can't be earned or returned
I feel when I question, my skin starts to burn
Why does my skin start to burn?
Love was the law and religion was taught, I'm not bought
Feel when we argue, our skin starts to rot
I feel when I question, my skin starts to burn
Why does my skin start to burn?
Love was the law and religion was taught, I'm not bought
Feel when we argue, our skin starts to rot