31.07.2026, 22:41 ✶
Basil potrzebował dłuższej chwili, by w ogóle zorientować się, że nie siedzi już sam. Pióro zatrzymało się nad kartką, lecz nie opadło od razu – jakby myśl, którą próbował schwytać, była cięższa niż zwykle i nie chciała przelać się na papier. Dopiero po kilku uderzeniach serca zamknął notes z cichym szelestem pergaminu, przesunął go na bok i uniósł wzrok. Pod oczami miał wyraźne cienie, policzki wydawały się bardziej zapadnięte niż jeszcze wczoraj, a zwykle żywe spojrzenie przygasło od niewyspania. Wyglądał jak człowiek, który przespał najwyżej godzinę.
Najpierw skinął głową Leviathanowi, potem Ceolsige, dopiero po chwili zdobywając się na słaby uśmiech.
– Dzień dobry… – odezwał się ochryple. Głos miał szorstki od kawy i zmęczenia, jakby każde słowo musiało przecisnąć się przez gardło. Sięgnął po filiżankę, upił niewielki łyk i skrzywił się lekko, gdy napój okazał się już letni. Nawet nie zauważył, kiedy ostygł.
Przez moment obracał w dłoniach widelec, w końcu nabił na niego kawałek melona. Słuchał co Burke ma do powiedzenia i jadł powoli, bardziej z poczucia obowiązku niż apetytu, długo przeżuwając owoc i patrząc gdzieś ponad ramieniem rozmówców, jakby nadal układał sobie w głowie przebieg minionej nocy.
– Gratulacje… – powtórzył z cichym parsknięciem, które trudno było uznać za śmiech. – Chyba pierwszy raz ktoś pogratulował mi wycieczki zakończonej interwencją połowy włoskich służb.
Odłożył sztućce i potarł nasadę nosa.
– Nie przepadam za ich magiczną policją, a teraz to zdanie się we mnie tylko utrwaliło. Mam wrażenie, że więcej było wymachiwania pieczęciami niż zadawania właściwych pytań. Owszem… – zawahał się, szukając właściwego sformułowania. – Trzeba im oddać, że utrzymali hotel i całe wzgórze w pionie. Przy takim osuwisku mogło skończyć się znacznie gorzej. Ale kiedy próbowałem dowiedzieć się czegokolwiek konkretnego… wszystko sprowadzało się do "proszę zachować spokój" i "prowadzone są czynności".
Westchnął ciężko. Sięgnął po plaster prosciutto, złożył go niedbale na kawałku pieczywa i dopiero po chwili ugryzł, przypominając sobie, że miał to zrobić.
– Nas też spotkał foklor, choć nie jestem pewien czy miejscowy. – Zmarszczył brwi – Chyba już kiedyś trafiłem na zapiski o nich, ale nigdy nie miałem szansy żadnego widzieć na żywo. Żadnego… w tej formie. Maledictus… prawda?
Przeniósł spojrzenie na Leviathana. Pytanie zabrzmiało całkowicie niewinnie, bardziej jak prośba o potwierdzenie nazwy niż próba wyciągnięcia informacji. Przez krótką chwilę jego wzrok zatrzymał się jednak na zaczerwienieniach pozostałych na skórze Rowle'a, po czym Basil bez słowa odwrócił oczy i ponownie zajął się śniadaniem. Odkroił niewielki kawałek sera, popił go kawą i milczał przez moment odrobinę zbyt długo, jak człowiek zastanawiający się, czy powiedzieć coś jeszcze.
– Tak czy inaczej… – odezwał się ciszej. – Mam nadzieję, że na tym już się skończy, szczególnie że zostało ile… dwie? Trzy godziny… Klub zwykle przywozi z wypraw kilka egzotycznych historii, nie raport dla ministerstwa. – Westchnął ciężko, odkładając jedzenie. Wspomnienie śluzowatej pary wżerającej się w nozdrza odbierało wszelki apetyt. Podobnie jak myśl o ministerstwie i kilku niewygodnych pytaniach ze strony niepisanej "starszyzny" klubu. A mogli teleportować się na wyprawę po wulkanach! I ktoś, ktoś uznał to za zbyt niebezpieczne!
– Widzieliście może resztę naszej ekipy?
Najpierw skinął głową Leviathanowi, potem Ceolsige, dopiero po chwili zdobywając się na słaby uśmiech.
– Dzień dobry… – odezwał się ochryple. Głos miał szorstki od kawy i zmęczenia, jakby każde słowo musiało przecisnąć się przez gardło. Sięgnął po filiżankę, upił niewielki łyk i skrzywił się lekko, gdy napój okazał się już letni. Nawet nie zauważył, kiedy ostygł.
Przez moment obracał w dłoniach widelec, w końcu nabił na niego kawałek melona. Słuchał co Burke ma do powiedzenia i jadł powoli, bardziej z poczucia obowiązku niż apetytu, długo przeżuwając owoc i patrząc gdzieś ponad ramieniem rozmówców, jakby nadal układał sobie w głowie przebieg minionej nocy.
– Gratulacje… – powtórzył z cichym parsknięciem, które trudno było uznać za śmiech. – Chyba pierwszy raz ktoś pogratulował mi wycieczki zakończonej interwencją połowy włoskich służb.
Odłożył sztućce i potarł nasadę nosa.
– Nie przepadam za ich magiczną policją, a teraz to zdanie się we mnie tylko utrwaliło. Mam wrażenie, że więcej było wymachiwania pieczęciami niż zadawania właściwych pytań. Owszem… – zawahał się, szukając właściwego sformułowania. – Trzeba im oddać, że utrzymali hotel i całe wzgórze w pionie. Przy takim osuwisku mogło skończyć się znacznie gorzej. Ale kiedy próbowałem dowiedzieć się czegokolwiek konkretnego… wszystko sprowadzało się do "proszę zachować spokój" i "prowadzone są czynności".
Westchnął ciężko. Sięgnął po plaster prosciutto, złożył go niedbale na kawałku pieczywa i dopiero po chwili ugryzł, przypominając sobie, że miał to zrobić.
– Nas też spotkał foklor, choć nie jestem pewien czy miejscowy. – Zmarszczył brwi – Chyba już kiedyś trafiłem na zapiski o nich, ale nigdy nie miałem szansy żadnego widzieć na żywo. Żadnego… w tej formie. Maledictus… prawda?
Przeniósł spojrzenie na Leviathana. Pytanie zabrzmiało całkowicie niewinnie, bardziej jak prośba o potwierdzenie nazwy niż próba wyciągnięcia informacji. Przez krótką chwilę jego wzrok zatrzymał się jednak na zaczerwienieniach pozostałych na skórze Rowle'a, po czym Basil bez słowa odwrócił oczy i ponownie zajął się śniadaniem. Odkroił niewielki kawałek sera, popił go kawą i milczał przez moment odrobinę zbyt długo, jak człowiek zastanawiający się, czy powiedzieć coś jeszcze.
– Tak czy inaczej… – odezwał się ciszej. – Mam nadzieję, że na tym już się skończy, szczególnie że zostało ile… dwie? Trzy godziny… Klub zwykle przywozi z wypraw kilka egzotycznych historii, nie raport dla ministerstwa. – Westchnął ciężko, odkładając jedzenie. Wspomnienie śluzowatej pary wżerającej się w nozdrza odbierało wszelki apetyt. Podobnie jak myśl o ministerstwie i kilku niewygodnych pytaniach ze strony niepisanej "starszyzny" klubu. A mogli teleportować się na wyprawę po wulkanach! I ktoś, ktoś uznał to za zbyt niebezpieczne!
– Widzieliście może resztę naszej ekipy?