04.08.2026, 17:14 ✶
— A o co ty się najlepszego martwisz? Kłopoty? — prychnął Woody. — Co ty myślisz, że stary jest z pierwszej łapanki i se nie poradzi? — Nie zapytał nawet, jakie kłopoty. Co też takiego ciągnie się za Crowem, czego powinien się obawiać? Stare dobre półświatki? Cyrkowe problemy? Inne demony? A w cholerę z tym. Woody to wierzył, że wszystko da się naprostować, nieważne jak się popierdoli. Pomalutku, poboli, ale jakoś to będzie. Niestety, czasem mu przy tej gotowości do działania brakowało przemyślunku i bywał w gorącej wodzie kąpany, tak jak i teraz, mędrkując o nieznanym.
W takich bidokach jak Crow to było najsmutniejsze, że Woody nie bardzo miał pomysł, jak ich wziąć na prostą. Nie będzie mu przecież życia organizował, bo to żenujące, żeby staremu chłopu tak wskazywać palcem krok po kroku, co ma robić. Chłop to się musi sam ogarnąć, coś sobie zorganizować, zadziałać i ruszać do przodu — być może był w tym pierwiastek toksycznej męskości, ale dla Tarpaulina: normalność. Woody pomóc zawsze był gotów — czy Crowowi, czy innym odszczepieńcom orbitującym wokół jego pubu — ale do ich żyć to on się mieszał tylko tyle, ile go sami do tych żyć zapraszali.
— No i dobrze. Jakby się źle czuł, to by się wyniósł i na swoim żył, nie? Jak nasz Lewisek. — Pokiwał głową, samemu sobie przytakując. Kapelusz mu zjechał przy tym za nisko na czoło, więc pokracznym ruchem zdjął go, ukazując łysinę, po czym odrzucił na wolne krzesło. — Na swoim to sobie przynajmniej panny posprowadza, a nie że jak tutaj. Od razu byśmy go wyczaili, jakby on co ten tego. No a kto by to chciał tak — plótł czarodziej, co mu ślina na język przyniosła, a że porobiony, to bez składu nieco.
Wyprowadzić się Zenek mógł. Pensja w Rejwachu choć niewyszukana, to głodowa nie była, bo by sumienie Woody’emu nie pozwoliło pracowników trzymać na stawkach poniżej bytowego minimum. Chcieli, to szli, chcieli, to siedzieli. Róbta, co chceta.
Dwie twarze miał facet, co przed nim siedział. Crow a Edge. Lukrecja z Rose Noire a rodzina w cyrku. No cóż, tak to się życie niektórym układało i Longbottom mógłby coś o tym powiedzieć. Flynn jednak jakoś lepiej brzmiał latem, gdy trzymał się z cyrkiem. Rodzina brzmiało lepiej niż prostytutka.
— A żeś mi mówił, że w stare towarzystwo nie wracasz — zauważył Tarp, wspominając ich sierpniowe spotkanie. — To skądś ty tę prostytutkę wytrzasnął?
Może powinien się takiego obrotu spraw spodziewać po tym, jak żywo się Crow interesował wtedy Dantem. Przejawiał tym zapał kogoś, kto wcale nie zapomniał o przeszłości. Ale może to było nie tak, jak Woody myślał? Może Crow szlachetnym gestem wyciągał prostytutkę z burdelu?
Bo Woody, nawet jeśli o Lukrecji słyszał, nie kojarzył jej z Laurentem Prewettem.
I wtem jak filip z konopi wyskoczył Cain Bletchley — czy też jego trup. Cain Bletchley, bo gdzieżby Zakoniarz o Cainie w pierwszej kolejności myślał jako o Razielu. Dopiero przy tym temacie Crow spojrzał na Woody’ego, i to jak spojrzał. Stary nabrał świeżej czujności zza towarzyskiej swobody, mimo że się z tym nie okazał.
— No. Pamiętam. — Wzruszył ramionami. — A co? Jakieś z nim miałeś biznesy, zanim on… — cyniczna maniera nabrana na Nokturnie cisnęła mu na język, że Cain wyciągnął nogi, lecz o zmarłym znajomym z Zakonu tak lekceważąco Tarp się mimo wszystyko wypowiedzieć nie potrafił — zebrał się z tego świata? — dokończył więc niezgrabnie.
Próbując odgadnąć łączące Crowa z Cainem relacje, Woody wędrował niezbyt pozytywnymi scenariuszami potencjalnej znajomości. Rzec bowiem, że Crow miał swoje za uszami, to byłoby niedopowiedzenie. Kto wie, co mogło zajść między nim a Bletchleyem będącym stróżem prawa. Toteż dla bezpieczeństwa Tarpaulin zaczął ostrożnie:
— Słyszałem, że znaleźli go po przedawkowaniu — mruknął tonem niemal pytającym, jakby te fakty musiał sobie przypominać. Chcąc wybadać teren, nie zdradził początkowo, że przedawkowanie Caina najprawdopodobniej zostało wspomożone obcą ręką. Zainteresowanie Crowa tematem nie mogło być przypadkowe. Woody nabrał nadziei na to, że być może mężczyzna wie o czymś, co rzuci nowe światło na sprawę.
W takich bidokach jak Crow to było najsmutniejsze, że Woody nie bardzo miał pomysł, jak ich wziąć na prostą. Nie będzie mu przecież życia organizował, bo to żenujące, żeby staremu chłopu tak wskazywać palcem krok po kroku, co ma robić. Chłop to się musi sam ogarnąć, coś sobie zorganizować, zadziałać i ruszać do przodu — być może był w tym pierwiastek toksycznej męskości, ale dla Tarpaulina: normalność. Woody pomóc zawsze był gotów — czy Crowowi, czy innym odszczepieńcom orbitującym wokół jego pubu — ale do ich żyć to on się mieszał tylko tyle, ile go sami do tych żyć zapraszali.
— No i dobrze. Jakby się źle czuł, to by się wyniósł i na swoim żył, nie? Jak nasz Lewisek. — Pokiwał głową, samemu sobie przytakując. Kapelusz mu zjechał przy tym za nisko na czoło, więc pokracznym ruchem zdjął go, ukazując łysinę, po czym odrzucił na wolne krzesło. — Na swoim to sobie przynajmniej panny posprowadza, a nie że jak tutaj. Od razu byśmy go wyczaili, jakby on co ten tego. No a kto by to chciał tak — plótł czarodziej, co mu ślina na język przyniosła, a że porobiony, to bez składu nieco.
Wyprowadzić się Zenek mógł. Pensja w Rejwachu choć niewyszukana, to głodowa nie była, bo by sumienie Woody’emu nie pozwoliło pracowników trzymać na stawkach poniżej bytowego minimum. Chcieli, to szli, chcieli, to siedzieli. Róbta, co chceta.
Dwie twarze miał facet, co przed nim siedział. Crow a Edge. Lukrecja z Rose Noire a rodzina w cyrku. No cóż, tak to się życie niektórym układało i Longbottom mógłby coś o tym powiedzieć. Flynn jednak jakoś lepiej brzmiał latem, gdy trzymał się z cyrkiem. Rodzina brzmiało lepiej niż prostytutka.
— A żeś mi mówił, że w stare towarzystwo nie wracasz — zauważył Tarp, wspominając ich sierpniowe spotkanie. — To skądś ty tę prostytutkę wytrzasnął?
Może powinien się takiego obrotu spraw spodziewać po tym, jak żywo się Crow interesował wtedy Dantem. Przejawiał tym zapał kogoś, kto wcale nie zapomniał o przeszłości. Ale może to było nie tak, jak Woody myślał? Może Crow szlachetnym gestem wyciągał prostytutkę z burdelu?
Bo Woody, nawet jeśli o Lukrecji słyszał, nie kojarzył jej z Laurentem Prewettem.
I wtem jak filip z konopi wyskoczył Cain Bletchley — czy też jego trup. Cain Bletchley, bo gdzieżby Zakoniarz o Cainie w pierwszej kolejności myślał jako o Razielu. Dopiero przy tym temacie Crow spojrzał na Woody’ego, i to jak spojrzał. Stary nabrał świeżej czujności zza towarzyskiej swobody, mimo że się z tym nie okazał.
— No. Pamiętam. — Wzruszył ramionami. — A co? Jakieś z nim miałeś biznesy, zanim on… — cyniczna maniera nabrana na Nokturnie cisnęła mu na język, że Cain wyciągnął nogi, lecz o zmarłym znajomym z Zakonu tak lekceważąco Tarp się mimo wszystyko wypowiedzieć nie potrafił — zebrał się z tego świata? — dokończył więc niezgrabnie.
Próbując odgadnąć łączące Crowa z Cainem relacje, Woody wędrował niezbyt pozytywnymi scenariuszami potencjalnej znajomości. Rzec bowiem, że Crow miał swoje za uszami, to byłoby niedopowiedzenie. Kto wie, co mogło zajść między nim a Bletchleyem będącym stróżem prawa. Toteż dla bezpieczeństwa Tarpaulin zaczął ostrożnie:
— Słyszałem, że znaleźli go po przedawkowaniu — mruknął tonem niemal pytającym, jakby te fakty musiał sobie przypominać. Chcąc wybadać teren, nie zdradził początkowo, że przedawkowanie Caina najprawdopodobniej zostało wspomożone obcą ręką. Zainteresowanie Crowa tematem nie mogło być przypadkowe. Woody nabrał nadziei na to, że być może mężczyzna wie o czymś, co rzuci nowe światło na sprawę.
piw0 to moje paliwo