04.08.2026, 18:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.08.2026, 10:16 przez Anthony Shafiq.)
Oklumencja III, Rozproszenie ◉◉◉◉○ chociaż może być ciężko w takich okolicznościach przyrody
Rzut PO 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Jonathan skoncentrował się jeszcze raz.
Najpierw zniknęło wrażenie oporu, jak gdyby jedna z niezliczonych sal monumentalnego gmachu nagle otworzyła przed nim wszystkie drzwi i okna. Potem pojawiło się światło – ledwie dostrzegalna srebrzysta smuga, cienka niczym księżyc odbity na nieruchomej tafli jeziora. Rozszerzała się powoli, z każdą chwilą nabierając głębi i blasku, aż wypełniła całą przestrzeń wokół Anthony'ego miękkim, chłodnym srebrem. Pulsowała spokojnym rytmem kontrolowanego oddechu mężczyzny, niewzruszona, uporządkowana, piękna w swojej doskonałej harmonii.
A potem, w samym jej centrum rozjarzył się kolor zgoła odmienny kolor.
Czerwień.
Głęboka, nasycona karminem i żywa. Intensywna, niczym rozgrzany metal skrywany pod warstwą chłodnej stali. Przenikała srebro cienkimi żyłami, rozchodząc się po nim z niemal hipnotyzującą powolnością, aż obie barwy stopiły się w pozornej sprzeczności, nie walcząc o pierwszeństwo. Spokój, pragnienie wzrostu, poczucie misji nie ustępowało miejsca namiętności – obejmowało ją miękkością przyzwolenia. Pod idealnie gładką powierzchnią świadomości Anthony'ego wciąż krążyło echo poprzednich godzin, a niewielki pojedynek charakterów, który stoczyli przed chwilą, tylko wzmógł pragnienie, życiodajną energię, przyjemność i powód by nie zaprzestawać w walce i dążeniu do pokoju. Czerwień rozbłysła odrobinę mocniej chwilę później, zdradzając satysfakcję człowieka, który najwyraźniej czerpał osobliwą przyjemność z tego, że ktoś odważył się z nim mierzyć.
Dopiero wtedy Anthony z cichym szelestem zamknął i odłożył gazetę, a jego uśmiech bardziej widoczny był w kurzych łapkach zdobiących oczy, aniżeli układzie ust.
– Brawo – powiedział oszczędnie, zapinając niespiesznie swoją koszulę, choć bynajmniej nie wzmagając ochrony umysłu, by wypchnąć z niego Jonathana. Selwyn był tam jak najbardziej mile widziany. Właściwie od lat nie miał dedykowanej sobie komnaty w pałacu jaźni, a całe skrzydło buzującej pod powierzchnią fascynacji – Jaki mamy plan na dziś? Wspominałeś coś o pakowaniu pakietów pomocowych dla potrzebujących? Zdaje się, że podczas naszej nieobecności Klub Magicznej Maszynerii wystarał się o prototyp jakiejś maszyny pakującej? – jego ton był absolutnie, absolutnie normalny, ale z trudem panował nad głosem, przywołując szczątkowe fakty dotyczące ich planów, bardziej po to by kontynuować tę grę z Jonathanem, niż rzeczywiście i realnie chcieć zajmować się pracą. Cóż, jego aura bardzo bezpośrednio wyśmiewała obecnie ideę pracowania, chyba, że to obejmowało wnikliwe analizy jego zastępcy.
Najpierw zniknęło wrażenie oporu, jak gdyby jedna z niezliczonych sal monumentalnego gmachu nagle otworzyła przed nim wszystkie drzwi i okna. Potem pojawiło się światło – ledwie dostrzegalna srebrzysta smuga, cienka niczym księżyc odbity na nieruchomej tafli jeziora. Rozszerzała się powoli, z każdą chwilą nabierając głębi i blasku, aż wypełniła całą przestrzeń wokół Anthony'ego miękkim, chłodnym srebrem. Pulsowała spokojnym rytmem kontrolowanego oddechu mężczyzny, niewzruszona, uporządkowana, piękna w swojej doskonałej harmonii.
A potem, w samym jej centrum rozjarzył się kolor zgoła odmienny kolor.
Czerwień.
Głęboka, nasycona karminem i żywa. Intensywna, niczym rozgrzany metal skrywany pod warstwą chłodnej stali. Przenikała srebro cienkimi żyłami, rozchodząc się po nim z niemal hipnotyzującą powolnością, aż obie barwy stopiły się w pozornej sprzeczności, nie walcząc o pierwszeństwo. Spokój, pragnienie wzrostu, poczucie misji nie ustępowało miejsca namiętności – obejmowało ją miękkością przyzwolenia. Pod idealnie gładką powierzchnią świadomości Anthony'ego wciąż krążyło echo poprzednich godzin, a niewielki pojedynek charakterów, który stoczyli przed chwilą, tylko wzmógł pragnienie, życiodajną energię, przyjemność i powód by nie zaprzestawać w walce i dążeniu do pokoju. Czerwień rozbłysła odrobinę mocniej chwilę później, zdradzając satysfakcję człowieka, który najwyraźniej czerpał osobliwą przyjemność z tego, że ktoś odważył się z nim mierzyć.
Dopiero wtedy Anthony z cichym szelestem zamknął i odłożył gazetę, a jego uśmiech bardziej widoczny był w kurzych łapkach zdobiących oczy, aniżeli układzie ust.
– Brawo – powiedział oszczędnie, zapinając niespiesznie swoją koszulę, choć bynajmniej nie wzmagając ochrony umysłu, by wypchnąć z niego Jonathana. Selwyn był tam jak najbardziej mile widziany. Właściwie od lat nie miał dedykowanej sobie komnaty w pałacu jaźni, a całe skrzydło buzującej pod powierzchnią fascynacji – Jaki mamy plan na dziś? Wspominałeś coś o pakowaniu pakietów pomocowych dla potrzebujących? Zdaje się, że podczas naszej nieobecności Klub Magicznej Maszynerii wystarał się o prototyp jakiejś maszyny pakującej? – jego ton był absolutnie, absolutnie normalny, ale z trudem panował nad głosem, przywołując szczątkowe fakty dotyczące ich planów, bardziej po to by kontynuować tę grę z Jonathanem, niż rzeczywiście i realnie chcieć zajmować się pracą. Cóż, jego aura bardzo bezpośrednio wyśmiewała obecnie ideę pracowania, chyba, że to obejmowało wnikliwe analizy jego zastępcy.