Nigdy nie zwracała uwagi na swoją własną senność, jakby ta już dawno całkowicie umknęła jej uwadze i stała się nadto integralną częścią całego jej jestestwa. Wcześniej, kiedy była młodsza i mniejsza, wypełniała przestrzeń w o wiele ostrzejszy i wyrazistszy sposób. Dostrzegała nawet te momenty, kiedy głowa poddawała się nieco i popadała w marazm, tak miękki i przyjemny, a jednocześnie niesamowicie wręcz bezpieczny. Z czasem jednak, stał się nie stanem wyjątkowym, a trwałym. Stałą w jej życiu, której każdy kto ją poznał, mógł być pewien. A kiedy coś jest stałe, przestaje się zwracać na to większą uwagę.
Spoglądała więc na Louvaina, ani przez chwilę nie roztkliwiając się nad tym, co właściwie mógł mieć teraz przez oczami i w jaki sposób podsumowywać to w głowie. Atmosfera panująca wewnątrz lokalu mało kiedy stawała się na tyle nieodpowiednia, by Larisa zwracała uwagę na to, co czaiło się na twarzach jej klientów. Może brakowało im odwagi lub prezencji, by naruszyć marazm który w sobie kryła, a pod którym pozostawał uśpiony jej przodek.
Spojrzenie srebrzystych oczu opadło nieco niżej, kiedy Lestrange machnął różdżką, rozpakowując złożony na kontuarze pakunek. Papier rozłożył się, ukazując grubą, charakterystyczną skórę, która znajdowała się wewnątrz. Przez moment pani Gregorovitch patrzyła, jakby co najmniej stworzenie, do którego należał materiał, miało zaraz pojawić się obok i założyć je na nowo na siebie. Uważnie analizowała jej strukturę i ważyła w myślach, na ile mogła się nadać. Dłonie jednak pozostały na swoim miejscu, wsparte o krawędź lady i ze splecionymi wzajemnie palcami. Nie musiała dotykać, by zdawać sobie sprawę z czego zostało zdjęte trofeum.
— Rozumiem — odpowiedziała wreszcie, zerkając w bok, na centymetr, który wyjęła przed chwilą spod lady. Sugestia, nawet jeśli można było się tego spodziewać, nie przeleciała jej nad głową, zamiast tego moszcząc się z niej delikatnie i pozwalając zorientować się, że młodemu Lestrange'owi zależało na tym, by pobrać miarę na oko. To więc właśnie zrobiła, taksując go srebrzystym spojrzeniem, by ołówek zapisał na kartce sugerowane wymiary. — Tego typu materiały, są ciężkie w obróbce — poinformowała wreszcie, kiedy pisadło spoczęło w bezruchu, a ona na nowo zerknęła na twarz Louvaina. — Magiczne stworzenia bywają kapryśne i to samo tyczy się skór, które są z nich ściągane. Jeśli jednak wszystko pójdzie tak jak powinno, będzie mógł pan cieszyć się w pełni jej właściwościami.