08.08.2026, 21:09 ✶
Rozkoszny.
Jak można było jakkolwiek myśleć inaczej o Jonathanie? Oczywiście. Piękny. Inteligentny. Charyzmatyczny. Bohaterski. Uparty. Nieznośny. Zarozumiały. Dowcipny. Słodki.
Mój.
Naturalne było, że gazety poszły w zapomnienie, podobnie z resztą jak przez moment poszły w zapomnienie czekające do spakowania paczki. Liczył się tylko on. Jego płomień. Jego słońce.
Dłoń powędrowała, mimowolnie na udo gładząc je coraz bardziej znajomym ruchem, łagodny pocałunek został złożony na zmęczonym czole. To była trudna praca, jak w końcu można było zmusić oczy by patrzyły lepiej? Dokładniej.
Odetchnął Jonathanem pozwalając sobie na ten moment bezmyślnego szczęścia, wojna musiała poczekać tę minutę dłużej, dwie.
Zmartwił się, gdy usłyszał, że boli jego ukochanego głowa, nawet jeśli jego serce zadrżało znów miłosnym niedowierzaniem, na to w jaki sposób Selwyn nazywał go pierwszy raz, kolejny raz. Sięgnął więc palcami w oś magii by przywołać chłodzący kompres do swojej dłoni i przyłożyć go zamiast kwiatów do skroni swojego umiłowanego zastępcy.
– Chciałbym powiedzieć, że materiał tego kompresu jest w kwiaty, ale jeśli tak rzeczywiście by było, to musiałaby to być łąka namalowana przez ślepnącego impresjonistę… – przyznał się ze skruchą w łagodnej opiece nad zmęczonym aurowidzem. – Postaram się, żeby następnym razem był usłany goździkami. Masz moją miłość i mój podziw miły. Jesteś na dobrej drodze by łamać umysły oklumentów bez najmniejszego trudu – szeptał cicho, dbając by kompres nie tracił swoich właściwości, obejmując czule partnera i gładząc go po ramieniu.
Przeklęty Jonathan. Teraz to już w ogóle nie miał ochoty stąd iść. Mógłby zamieszkać w tym fotelu. Mógłby spędzić tu resztę swojego życia, tuląc do siebie tego, który był w nim mu najdroższy.
Jak można było jakkolwiek myśleć inaczej o Jonathanie? Oczywiście. Piękny. Inteligentny. Charyzmatyczny. Bohaterski. Uparty. Nieznośny. Zarozumiały. Dowcipny. Słodki.
Mój.
Naturalne było, że gazety poszły w zapomnienie, podobnie z resztą jak przez moment poszły w zapomnienie czekające do spakowania paczki. Liczył się tylko on. Jego płomień. Jego słońce.
Dłoń powędrowała, mimowolnie na udo gładząc je coraz bardziej znajomym ruchem, łagodny pocałunek został złożony na zmęczonym czole. To była trudna praca, jak w końcu można było zmusić oczy by patrzyły lepiej? Dokładniej.
Odetchnął Jonathanem pozwalając sobie na ten moment bezmyślnego szczęścia, wojna musiała poczekać tę minutę dłużej, dwie.
Zmartwił się, gdy usłyszał, że boli jego ukochanego głowa, nawet jeśli jego serce zadrżało znów miłosnym niedowierzaniem, na to w jaki sposób Selwyn nazywał go pierwszy raz, kolejny raz. Sięgnął więc palcami w oś magii by przywołać chłodzący kompres do swojej dłoni i przyłożyć go zamiast kwiatów do skroni swojego umiłowanego zastępcy.
– Chciałbym powiedzieć, że materiał tego kompresu jest w kwiaty, ale jeśli tak rzeczywiście by było, to musiałaby to być łąka namalowana przez ślepnącego impresjonistę… – przyznał się ze skruchą w łagodnej opiece nad zmęczonym aurowidzem. – Postaram się, żeby następnym razem był usłany goździkami. Masz moją miłość i mój podziw miły. Jesteś na dobrej drodze by łamać umysły oklumentów bez najmniejszego trudu – szeptał cicho, dbając by kompres nie tracił swoich właściwości, obejmując czule partnera i gładząc go po ramieniu.
Przeklęty Jonathan. Teraz to już w ogóle nie miał ochoty stąd iść. Mógłby zamieszkać w tym fotelu. Mógłby spędzić tu resztę swojego życia, tuląc do siebie tego, który był w nim mu najdroższy.