10.08.2026, 14:18 ✶
Lucy śliczna była jak zawsze w tej koszuli nocnej, w której koszmar Helloise wyciągnął ją… z łóżka? Czy ona sypiała?
Lucy Rosewood już nie żyła. Zdawać by się mogło, że jakiekolwiek zło czaiło się wewnątrz tego zwyrodniałego snu, nie mogło martwej dosięgnąć. O tyle lepsze było jej położenie względem oddychającego, żywego Dægberhta, którego Helloise pozostawiła za sobą, gdy uciekała z poprzedniej pętli koszmaru.
Jej wodniste oczy o nieodgadnionym, pustym wyrazie przesunęły się powoli po spływających krwią dłoniach wampirzycy zakończonych czerwonymi paznokciami. Lucy Rosewood była drapieżnego gatunku.
— Tak. Sądzę, że nie chciałabym — odparła Helloise, gdy i druga filiżanka okazała się równie makabryczna w zawartości.
Kobieta spojrzała w dal, na las rozszumiany ostrym szeptem mrowia niespokojnych liści. Pod szarpanymi wichrem gałęziami stał nieruchomy cień, którego sam widok wzbudził w niej lęk, mimo że nie wiedziała jeszcze, czym on jest. Pod drzewami zarysował się kształt zła. Malutki, skondensowany w czarną złowrogą plamę. Helloise zmrużyła oczy.
— On — odpowiedziała na pytanie Lucy, a wówczas, jakby usłyszał ich rozmowę, cień poruszył się, zwinny jak tłusty pająk, i biegiem ruszył w ich stronę przez polanę.
Oddech Helloise przyspieszył. Jej nogi wciąż spętane były odrętwieniem przez nieznaną siłę i nie mogła się poruszyć, choć całe jej istnienie rwało się do tego, aby się od nadciągającej maszkary oddalić. Gorszy był ów paraliż niż wcześniejsza wycieńczająca gonitwa przez zapętlający się w nieskończoność las. Wiedźma patrzyła bezradnie, jak zbliża się nieubłagane zło.
Wtem ciemna sylwetka zniknęła za mijanym po drodze wielkim krzewem. Nie wyłoniła się już zza niego. Helloise w napięciu badała wzrokiem kontur rośliny. W każdej chwili mógł spomiędzy tych gałązek wychynąć na powrót demon. Nad polaną zapadła cisza. Drzewa zamilkły, stanęły płuca wichru, aby się wszystko wokół mogło przysłuchiwać, jak wali o żebra serce czarownicy.
— Lucy? — Odwróciła do niej głowę, aby się upewnić, że i wampirzyca widziała to, co się stało.
Wtem coś ścisnęło ją za gardło — i nie lęk, a dłonie mocne jak imadło. Oczy wiedźmy rozszerzyły się w szoku. Ręce wyrwały się ku łapom zaciśniętym na białej szyi, żeby je oderwać — bezskutecznie.
Za nią wyrósł morderca goniący ją przez kolejny już sen. Człowiek niski i krępy, dziwacznie pokraczny, o odstręczająco brzydkiej twarzy. Oczka mężczyzny gnieździły się głęboko w cieniu wydatnego czoła, a zbyt szerokie usta rozciągał obłąkańczy uśmiech.
Lucy Rosewood już nie żyła. Zdawać by się mogło, że jakiekolwiek zło czaiło się wewnątrz tego zwyrodniałego snu, nie mogło martwej dosięgnąć. O tyle lepsze było jej położenie względem oddychającego, żywego Dægberhta, którego Helloise pozostawiła za sobą, gdy uciekała z poprzedniej pętli koszmaru.
Jej wodniste oczy o nieodgadnionym, pustym wyrazie przesunęły się powoli po spływających krwią dłoniach wampirzycy zakończonych czerwonymi paznokciami. Lucy Rosewood była drapieżnego gatunku.
— Tak. Sądzę, że nie chciałabym — odparła Helloise, gdy i druga filiżanka okazała się równie makabryczna w zawartości.
Kobieta spojrzała w dal, na las rozszumiany ostrym szeptem mrowia niespokojnych liści. Pod szarpanymi wichrem gałęziami stał nieruchomy cień, którego sam widok wzbudził w niej lęk, mimo że nie wiedziała jeszcze, czym on jest. Pod drzewami zarysował się kształt zła. Malutki, skondensowany w czarną złowrogą plamę. Helloise zmrużyła oczy.
— On — odpowiedziała na pytanie Lucy, a wówczas, jakby usłyszał ich rozmowę, cień poruszył się, zwinny jak tłusty pająk, i biegiem ruszył w ich stronę przez polanę.
Oddech Helloise przyspieszył. Jej nogi wciąż spętane były odrętwieniem przez nieznaną siłę i nie mogła się poruszyć, choć całe jej istnienie rwało się do tego, aby się od nadciągającej maszkary oddalić. Gorszy był ów paraliż niż wcześniejsza wycieńczająca gonitwa przez zapętlający się w nieskończoność las. Wiedźma patrzyła bezradnie, jak zbliża się nieubłagane zło.
Wtem ciemna sylwetka zniknęła za mijanym po drodze wielkim krzewem. Nie wyłoniła się już zza niego. Helloise w napięciu badała wzrokiem kontur rośliny. W każdej chwili mógł spomiędzy tych gałązek wychynąć na powrót demon. Nad polaną zapadła cisza. Drzewa zamilkły, stanęły płuca wichru, aby się wszystko wokół mogło przysłuchiwać, jak wali o żebra serce czarownicy.
— Lucy? — Odwróciła do niej głowę, aby się upewnić, że i wampirzyca widziała to, co się stało.
Wtem coś ścisnęło ją za gardło — i nie lęk, a dłonie mocne jak imadło. Oczy wiedźmy rozszerzyły się w szoku. Ręce wyrwały się ku łapom zaciśniętym na białej szyi, żeby je oderwać — bezskutecznie.
Za nią wyrósł morderca goniący ją przez kolejny już sen. Człowiek niski i krępy, dziwacznie pokraczny, o odstręczająco brzydkiej twarzy. Oczka mężczyzny gnieździły się głęboko w cieniu wydatnego czoła, a zbyt szerokie usta rozciągał obłąkańczy uśmiech.
dotknij trawy