11.08.2026, 17:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 18:12 przez Hannibal Selwyn.)
Okazało się, że godziny w areszcie niemiłosiernie się dłużą. Hannibal miał wystarczająco dużo czasu, by nerwowo spacerować w tę i z powrotem, co jakiś czas wyglądając przez kraty na korytarz, przekonany, że na pewno za chwilę któryś z jego kuzynów przybędzie z kaucją albo cała ta sytuacja okaże się jakąś piramidalną pomyłką (nie była pomyłką).
Wystarczająco, by walnąć pięścią w ścianę raz i drugi, prychnąć ze złością na spartańskie wyposażenie celi (nie było nawet czym rzucić!) i wykonać a capella wyjątkowo głośne i ekspresyjne “Tutta furie e tutta sdegno”, utwór nie na jego głos, ale Hannibal miał to głęboko gdzieś.
- Ciszej tam! - zawołał strażnik.
- Spierdalaj! - odkrzyknał Selwyn, przerywając recital.
Wystarczająco, by (tym razem grzecznie) próbować zaczepić strażnika z kolejnej zmiany i (nieskutecznie) przekonywać go, że młodość ma swoje prawa, przecież wiedzą, kim jest i mogliby skontaktować się z Jonathanem na przykład. Do ciężkiej cholery, w tym momencie z wdzięcznością powitałby nawet ratunek ze strony swego ojca, mimo ceny w postaci wysłuchiwania kąśliwych uwag (nie powiedział tego na głos). Nikt jednak się nie zjawił.
Hannibal zrobił to wszystko, a później opadł na przykrytą cienkim materacem pryczę, w sam raz w odpowiedniej chwili, by odmówić więziennego posiłku. Ukrył twarz w dłoniach. Bez sensu. To wszystko było bez sensu. Powinien był wyskoczyć podczas ucieczki przez to okno albo sprowokować aresztujących go aurorów do użycia siły, przy odrobinie szczęścia oszczędziłoby mu to tego losu.
Zanim ktokolwiek się nim zainteresował, zdążył stoczyć się na podłogę w postaci bezwładnego stosu kończyn, zignorować obite kolano, popatrzeć jeszcze trochę w ścianę, a potem wstać i całkiem spokojnie poprosić o odgrzanie obiadu, bo skoro i tak czekała go egzekucja, to równie dobrze mógł się najeść, jedzenie było zresztą całkiem niezłe. Nic w tym dziwnego, skoro żaden z więźniów nie przebywał tu na tyle długo, by spożyć więcej, niż dwa posiłki. Budżetu starczało zapewne aż nadto.
Kiedy drzwi celi otworzyły się, leżał na plecach w poprzek pryczy, z nogami opartymi o ścianę i głową zwieszoną w dół. Obdarzył nowoprzybyłą jednym spojrzeniem kątem oka i niezadowolonym grymasem.
- Di - wypluł z siebie zdrobnienie, w które kiedyś potrafił upakować zdecydowanie więcej ciepła, niż logicznie powinno się mieścić w dwóch literach. Teraz w jego głosie był tylko jad - Przyszłaś odebrać swoją nagrodę, co? Powiedz, dobrą premię dają od głowy? A może wystarczy ci satysfakcja?
Nie ruszając się z miejsca, z powrotem wbił wzrok w sufit, jakby nie chciał nawet patrzeć na stojącą w drzwiach aurorkę. Pusty, brudny talerz stał w przejściu, tuż pod jej nogami, jakby Hannibal specjalnie ustawił go tam, by jak najbardziej przeszkadzał.
- Czy zostałaś już pracownikiem miesiąca, czy dopiero jak mnie wykończysz, kopnie cię ten zaszczyt?
Może wyzłośliwianie się wobec Di, która prawdopodobnie miała dokonać egzekucji albo przynajmniej go na nią zaprowadzić, nie było najrozsądniejsze, ale za to uwalniające. Kogo obchodziło to, czy uczyni koniec Hannibala trochę bardziej bolesnym? Na pewno obowiązywały ją jakieś regulacje, no i aurorka Brekker była przecież przede wszystkim skuteczna.
I tak nie mógł zrobić nic, co poprawiłoby jego sytuację. Nie po tym, co… no. Nie po tym wszystkim.