Ósmego września o dwudziestej świat jednocześnie bardzo przyspieszył i zwolnił. Zwolnił: bo w ciągu kolejnych piętnastu-dwudziestu minut działo się bardzo dużo rzeczy, które nie miałyby miejsca, gdyby to był zwyczajny dzień. Przyspieszył: bo w jednej chwili Victoria była w biurze i leniwie popijała wieczorną kawę, by w drugiej być już na Pokątnej, aresztować mężczyznę, który był w trakcie jakiegoś najwyraźniej dziwnego rytuału, a w jeszcze kolejnej już była na Horyzontalnej, szukając swojego kuzyna, który według słów napisanych pospiesznie przez Atreusa – umierał.
Umierał, więc Lestrange niemalże rzuciła wszystko, i nim pomyślała nad tym sensowniej (nie miała na to czasu), już szukała go wśród zgiełku, krzyków, wśród płomieni, które nie zrobią mu krzywdy, ale walące się bele budynków już mogły.
Zatrzymywała się co jakiś czas, próbując wypatrzeć znajomą twarz, zresztą nie dało się cały czas biec, bo ludzie wypadali na ulicę i krzyczeli, zagradzając drogę. Victoria widziała bardzo dużo dziwnych rzeczy, ale takiego piekła chyba jeszcze nie, a to już mówiło dużo, w końcu brała udział w pechowym tegorocznym Beltane i weszła do Limbo, i choć to ogień przyświecał tamtemu dniu, to nie spopielał wszystkiego, co tylko miał na drodze. Śmieszna sprawa z tym ogniem: mógł być jednocześnie życiem, jak i śmiercią, destrukcją. Czarnowłosa kochała ogień, każdy jego aspekt, również dlatego, że nie mógł zrobić jej krzywdy sam w sobie, ale to, co miało miejsce teraz, przerastało pewne jej wyobrażenia.
Zatrzymała się po raz kolejny, nie mogąc przecisnąć się dalej, rozejrzała się, szukając Aidana, gdy jej wzrok padł na dziewczynę, która leżała gdzieś przy bruku skronią na kamieniu. Westchnęła. Powinna szukać kuzyna, ale nie mogła przecież zostawić dziewczyny, skoro potrzebowała pomocy… tym bardziej, że była przecież na służbie.
Aidan musiał poczekać.
Lestrange przepchnęła się więc do ciemnowłosej dziewczyny, która chyba właśnie zaczynała dochodzić do siebie, bo podniosła głowę z ziemi – cud, że nikt jej tutaj nie zadeptał.
– Nie tak gwałtownie – odezwała się do Septimy i kucnęła przy niej. – Chyba się uderzyłaś w głowę – nie miała teraz czasu na konwenanse i paniowanie, skoro sytuacja wyglądała jak wyglądała. Londyn płonął.