10 godzin(y) temu ✶
Nawykła była do tego, że Othello odziewał się w czerń. Był on jedną z niewielu osób, na których ciemność wydawała się zharmonizowana z człowiekiem, nie wymuszona żałobą za jakąś częścią siebie, o którą człowiek nie próbuje już walczyć. Helloise myślała o Śmierciożercach. Nigdy nie przepadała za czernią, lecz na Fawleyu mniej się ona wydawała drapieżna niż na szorstkich śmierciożerczych szatach. I choć czarownica dorobiła się własnego munduru, wciąż nim pogardzała. Nie ubrała go, nie uznawała jako swojego. Nie spieszyła się. Miała własne kolory.
— Ona — potwierdziła, śledząc wzrokiem czarodzieja, który złożył swoje rzeczy na stole. Kobieta wstała ospale; wyprężyła kręgosłup, rozprostowując zastane kości. — Widziałam dziś w nocy jej cień na ścianie. Łazi zgarbiona. Ma łapę staruchy i długie pazury. Wydaje mi się, że to kobieta. — Choć mógł to być również zapuszczony staruch. Tego nie dało się wykluczyć. — Jesz tartę dyniową?
Wiedźma kucnęła przy drzwiczkach piecyka, uchyliła je, a z wnętrza buchnęło gorąco. Wyciągnęła na kuchnię formę z ciastem do ostudzenia, a aromatyczny zapach rozszedł się po kuchni. W kociołkach na palenisku coś cicho, miarowo bulgotało. Trudno było za dnia, w obecności drugiej osoby uwierzyć, co też w chacie działo się nocą.
— Nie wydaje mi się, żeby ona reagowała tymi podskokami na coś konkretnego. Zmierza do tego, aby mnie wyrzucić — kontynuowała opowieść czarownica. — Wchodzi mi do snów i je drapie. Przestawia rzeczy. Obserwuje mnie z cienia, wiem to, mimo że tylko kątem oka widzę jej oczy. Odprawia rytuały oczyszczające ze mnie. Chciałam ci coś pokazać. — Czarownica sięgnęła po odsunięty w róg kuchni ogarek świecy przyniesionej przez demona. Gdy stawiała resztki wosku na stole obok teczki Othella, jej usta zacisnęły się w wąską linię, lecz poza tym twarz wiedźmy pozostała dumnie nieporuszona. — To nie pochodzi z mojej kolekcji. Musiało przyjść z nią. Użyła tego dziś w nocy, żeby mnie spróbować zadusić. Gdy ją odpaliła, zrobiło mi się duszno, jak nigdy przedtem. Byłam u wróżbitki. W kuli widziała zagrożenie. Co ty o tym sądzisz, drogi Othello? Czy słyszałeś kiedyś o czymś takim? — Helloise uniosła wzrok na Fawleya, wyczekując werdyktu. Uśmiechnęła się do niego, jakby próbowała nadać temu wszystkiemu rangę zabawnego psikusa sprawianego jej przez obcą siłę.
Tak bowiem potraktowałaby tę sprawę w innych okolicznościach. Helloise zawsze witała wyzwania i dziwactwa z zagadkowym, kpiącym uśmiechem, jakby niepomyślne koleje własnego losu jej dostarczały rozrywki. Z wszystkim jednak, co działo się przez ostatni miesiąc w życiu kobiety, dawno nie było jej już do śmiechu. Brakowało w jej pozie zwyczajowej swobody, a uśmiech był tylko pojedynczym akcentem na tle zmęczenia i powagi.
— Ona — potwierdziła, śledząc wzrokiem czarodzieja, który złożył swoje rzeczy na stole. Kobieta wstała ospale; wyprężyła kręgosłup, rozprostowując zastane kości. — Widziałam dziś w nocy jej cień na ścianie. Łazi zgarbiona. Ma łapę staruchy i długie pazury. Wydaje mi się, że to kobieta. — Choć mógł to być również zapuszczony staruch. Tego nie dało się wykluczyć. — Jesz tartę dyniową?
Wiedźma kucnęła przy drzwiczkach piecyka, uchyliła je, a z wnętrza buchnęło gorąco. Wyciągnęła na kuchnię formę z ciastem do ostudzenia, a aromatyczny zapach rozszedł się po kuchni. W kociołkach na palenisku coś cicho, miarowo bulgotało. Trudno było za dnia, w obecności drugiej osoby uwierzyć, co też w chacie działo się nocą.
— Nie wydaje mi się, żeby ona reagowała tymi podskokami na coś konkretnego. Zmierza do tego, aby mnie wyrzucić — kontynuowała opowieść czarownica. — Wchodzi mi do snów i je drapie. Przestawia rzeczy. Obserwuje mnie z cienia, wiem to, mimo że tylko kątem oka widzę jej oczy. Odprawia rytuały oczyszczające ze mnie. Chciałam ci coś pokazać. — Czarownica sięgnęła po odsunięty w róg kuchni ogarek świecy przyniesionej przez demona. Gdy stawiała resztki wosku na stole obok teczki Othella, jej usta zacisnęły się w wąską linię, lecz poza tym twarz wiedźmy pozostała dumnie nieporuszona. — To nie pochodzi z mojej kolekcji. Musiało przyjść z nią. Użyła tego dziś w nocy, żeby mnie spróbować zadusić. Gdy ją odpaliła, zrobiło mi się duszno, jak nigdy przedtem. Byłam u wróżbitki. W kuli widziała zagrożenie. Co ty o tym sądzisz, drogi Othello? Czy słyszałeś kiedyś o czymś takim? — Helloise uniosła wzrok na Fawleya, wyczekując werdyktu. Uśmiechnęła się do niego, jakby próbowała nadać temu wszystkiemu rangę zabawnego psikusa sprawianego jej przez obcą siłę.
Tak bowiem potraktowałaby tę sprawę w innych okolicznościach. Helloise zawsze witała wyzwania i dziwactwa z zagadkowym, kpiącym uśmiechem, jakby niepomyślne koleje własnego losu jej dostarczały rozrywki. Z wszystkim jednak, co działo się przez ostatni miesiąc w życiu kobiety, dawno nie było jej już do śmiechu. Brakowało w jej pozie zwyczajowej swobody, a uśmiech był tylko pojedynczym akcentem na tle zmęczenia i powagi.
dotknij trawy