Och tak, jeśli ktokolwiek mógł zrozumieć strach związany z tym, że traci się nad sobą panowanie, że nie rozumie się, co się dzieje z własną głową, gdy widzi się rzeczy i słyszy się głosy, albo przeżywa wspomnienia, których nie można było przeżyć, a jest się pewnym, że są własne, oraz jak trudno powiedzieć o tym na głos, to zdecydowanie była to Victoria Lestrange. Być może ktoś inny poczułby się urażony, że Brenna nic nie powiedziała i że próbowała sobie z tym poradzić sama, ale nie Victoria, która wiedziała, ile to czasami człowieka kosztuje: przyznać się przed sobą samym, że jest źle, a co dopiero przed innymi.
– Wiem, ty nigdy się o siebie nie martwisz, a czasami powinnaś pomyśleć też o sobie – powiedziała jej na to łagodnie. – Ale mi tym krzywdy nie zrobisz, to po pierwsze. A po drugie, skoro jestem odporna na ogień, to łatwiej mi też nad nim zapanować i go zgasić, bo nie ma we mnie czegoś takiego, jak opór. Jeśli trzeba, to wsadzę rękę w ognisko, albo wejdę w niego cała – bo widziała to wielokrotnie, ludzie odruchowo odsuwali rękę od gorąca płomienia, gdy ta była zbyt blisko, a on zbyt gorący. Pamiętała, jak ją to dziwiło, gdy była jeszcze małym dzieckiem, jak kuzynostwo bało się zgasić świeczkę palcami – nie było to straszne i każdy mógł to przecież zrobić, ale ten hamulec był chyba wbudowany w człowieka. Tyle, że nie w nią. I nie w jej siostry. – Więc się nie stresuj, chociaż wiem, że łatwo powiedzieć. Nic się nie wyrwie spod kontroli – chociaż rozumiała, że Brenna musiała się bać ognia samego w sobie i jednocześnie tego, co się stanie, to może choć w tym jednym aspekcie ją to uspokoi… – Dobrze, najwyżej cię złapię, jak będziesz chciała uciec – ale czy ją utrzyma, to jakoś wątpiła, bo Brenna była znacznie bardziej sprawna fizycznie od niej.
– Tak, krąg na sam koniec. I tak, one miały bardzo specyficzny zapach. Taki, że od razu byś poznała… Cuchnęły – doprecyzowała, żeby Brenna nie miała wątpliwości o jakiego typu zapachu tutaj rozmawiają. – Te drzwi to jakaś forma iluzji. Po pierwsze najpierw trzeba wiedzieć, że tu w ogóle są… – co faktycznie zawężało krąg ludzi, którzy mogli tutaj wejść, a przynajmniej w teorii. Gdyby ktoś zniszczył ścianę kształtowaniem, to zapewne Mirabella połapałaby się szybciej, niż dopiero po wejściu do komnaty. Zostawało też rozpraszanie… Ale najpewniej przejrzenie takiej listy mogłoby jakoś nakierować. Być może. – Nie rozmawiałam z nią o naturze tego przejścia, więc mogę tylko gdybać. Rozpraszaniem magii, albo kombinacją z jakąś inną dziedziną zaklęć? – podsumowała, również przyglądając się temu przejściu, które od zewnątrz ukryte było za roślinami.