18.08.2026, 21:27 ✶
Chata długo już pracowała na to, aby nie dało się jej nazywać domem.
Od Spalonej Nocy, a właściwie od Beltane jeszcze. Ziarna lęku rzucone przez widma dojrzewały miesiącami i stopniowo obrosły ściany domu na kurzej stopie jak warkocze bluszczów. Nie przychodziło tu od dawna nic, co jasne i święte; Helloise ściągała przekleństwa, Śmierciożerców, zniszczenia, klątwy dawne i nowe, i wszystko to próbowała topić w szemrzących potokach niekończących się litanii modlitewnych do wszelkich znanych sobie bóstw. Wreszcie ściągnęła i samego Voldemorta, ten zaś w leśnym domku pozostawił swąd czarnej magii silniejszy niż kiedykolwiek.
Od kilku godzin Helloise była już w chacie sama. Od tylu akurat, że opium, w którym odzyskiwała spokój ducha, działać przestało i zostawiło ją w sennej apatii. Nawet gdy on odszedł już, czarownicy wciąż wydawało się, że czuje gdzieś w sobie zeskrobany z dna jego czarnej duszy popiół. Rozmokły proch wypełniał mulistą masą jej przełyk, i ściekał głębiej, skapywał na samo dno duszy. Ten muł wzbierał w gardle za każdym razem, gdy kobieta przypominała sobie obrzydliwe poczucie stawania się częścią Voldemorta, jego natarczywą obecność w sobie.
Szary poranek zastał czarownicę siedzącą na podłodze w sypialni, pod wysokim lustrem o ramie rzeźbionej w liściaste ornamenty. Z tafli pokrytej zaciekami i konstelacjami odciśniętych palców patrzyły na Helloise obco jej własne, zmatowiałe oczy. Od dawna nie miała gdzie się podziać w tym domu, teraz nie miała gdzie się podziać w sobie. Pazurami ryła po ciele kopnięte czerwone szlaki, próbowała zdrapać z siebie wspomnienie czarnoksiężnika. Myślała, aby dokopać się do wnętrza, do rdzenia swojego istnienia, gdzie on był, panoszył się jak u siebie, chciała rozdrapać swędzący dyskomfort, który po nim został. Nie mogła podrapać, gdzie Czarny Pan ją oglądał, więc gryzła się na oślep po rękach. Próbowała zęby jednocześnie zacisnąć na stawach wszystkich palców, które wepchnęła do ust. Zęby, niebędące kłami drapieżnika, zaraz ześlizgiwały się na paliczki, naciągały skórę. Wiedźma powoli przeżuwała rękę, patrząc w oczy odbite w lustrze. Patrzyła z nadzieją, że znajdzie w nich potwierdzenie, że on nic w niej nie zmienił. Tylko patrzył, rozgrzebywał ją, ale nie zmienił.
Gdy usłyszała znajome ciężkie kroki na tarasie, wyciągnęła z ust oślinioną rękę ozdobioną sinymi pierścieniami odciśniętych zębów. Wstała pospiesznie i wytarła ślinę w sukienkę. Uśmiechnęła się do odbicia w lustrze, próbując swojemu obliczu nadać przyjemny wyraz. Mięśnie twarzy napinały się dziwacznie. Helloise działała jak człowiek, który przypomniał sobie, że mruga, i od tej chwili musi już o każdym mrugnięciu myśleć. Rozstroiła ją wizyta Voldemorta. Uśmiech był koszmarny. Starła go więc, bo senne zblazowanie łatwiej było na twarzy ułożyć.
Czarownica podniosła ramię i wcisnęła nos w rękaw szaty, sprawdzając, czy aby zapach czarnej magii nie jest zbyt wyczuwalny. Coś czuła. Nie potrafiła stwierdzić, czy to ubranie przesiąkło czarnoksięską obecnością, czy to w niej ten przeklęty smród wciąż siedział i powracał jak omam. Ubranie było wczorajsze, ale nie spała nocą wcale, co zdradzała również jej blada twarz o podkrążonych oczach wyglądających jak zza mgły. Nie było to jednak u Helloise coś nietypowego.
Krocząc przez dom ku drzwiom, myślała tylko o tym, że potrzebuje kontaktu z czymś boskim, co jej przywróci równowagę. Potrzebowała natchnienia, które na powrót uczyni jej ducha jej duchem. Nie wystarczały modlitwy szeptane żarliwie całą noc, Helloise potrzebowała oddać ofiary. I tak się złożyło, że odwiedził ją ktoś, o czyją duchowość troszczyła się nie mniej niż o własną.
Po drodze wysupłała z szuflady skórzane rękawiczki, aby pod nimi ukryć dłoń, dopóki nie znikną ślady zębów.
— Gary — powitała go serdecznie, rozkładając ręce, niezbyt wysoko, ruchem niezbyt zamaszystym, trochę niemrawym. Ramiona zaraz opadły miękko jak wiotkie łodyżki.
Uśmiechnęła się przekornie w odpowiedzi na jego cwany wyszczerz i byłoby to wcale naturalne, gdyby czarownica nie zamroziła tego wyrazu na twarzy. Chciała przestudiować naturalność spontanicznego grymasu, zanim zniknie. Gdy się zorientowała, że go w ten sposób zrujnowała, uśmiech się rozproszył. Pozostało nieokreślone wrażenie dziwaczności.
— Nie rozbieraj się nawet — nakazała bratu Helloise, sięgając po swój wiszący na haczyku przy drzwiach rdzawy płaszcz z gryzącej wełny. — Nie złożyłeś w Mabon darów. Wiem, że nie złożyłeś, skoro się tyle spóźniłeś na kolację. Dobrze ci zrobi oddać bogom, co im należne. Nie można kwestii zaniedbać, skoro zbliża się Samhain. W tym okropnym roku nie można niczego zaniedbać, jest wystarczająco nieszczęsny — opowiadała, wsłuchując się w swój głos. Sprawdzała, czy przerwy na oddech są właściwe, czy nie mówi szybciej lub wolniej niż zwykle.
Patrzyła na Garetha, ogarniając go nieco za bardzo rozproszonym spojrzeniem. Sprawdzała, czy myśli o nim tak samo jak zawsze. Tak. Sądziła, że tak. Cieszyła się jego odwiedzinami. Irytowała się wciąż na to, że w sabat Mabon podróżował i nie spędził święta, jak należy. Widząc tę przebiegłą mordę, chciała się śmiać i dorównać mu cwaniactwem, żeby przypadkiem nie był górą.
— Przywieź. Ocenię — zgodziła się. — Nie myślisz, że dołożenie żuchwy odbierze łbu stabilności? — Zmarszczyła brwi, próbując sobie to wyobrazić. Nie mogło być dla Garetha sekretem, że na smoczą czaszkę Helloise lubiła nocami stawać i, balansując między smoczymi oczyma, tańczyć do księżyca.
Od Spalonej Nocy, a właściwie od Beltane jeszcze. Ziarna lęku rzucone przez widma dojrzewały miesiącami i stopniowo obrosły ściany domu na kurzej stopie jak warkocze bluszczów. Nie przychodziło tu od dawna nic, co jasne i święte; Helloise ściągała przekleństwa, Śmierciożerców, zniszczenia, klątwy dawne i nowe, i wszystko to próbowała topić w szemrzących potokach niekończących się litanii modlitewnych do wszelkich znanych sobie bóstw. Wreszcie ściągnęła i samego Voldemorta, ten zaś w leśnym domku pozostawił swąd czarnej magii silniejszy niż kiedykolwiek.
Od kilku godzin Helloise była już w chacie sama. Od tylu akurat, że opium, w którym odzyskiwała spokój ducha, działać przestało i zostawiło ją w sennej apatii. Nawet gdy on odszedł już, czarownicy wciąż wydawało się, że czuje gdzieś w sobie zeskrobany z dna jego czarnej duszy popiół. Rozmokły proch wypełniał mulistą masą jej przełyk, i ściekał głębiej, skapywał na samo dno duszy. Ten muł wzbierał w gardle za każdym razem, gdy kobieta przypominała sobie obrzydliwe poczucie stawania się częścią Voldemorta, jego natarczywą obecność w sobie.
Szary poranek zastał czarownicę siedzącą na podłodze w sypialni, pod wysokim lustrem o ramie rzeźbionej w liściaste ornamenty. Z tafli pokrytej zaciekami i konstelacjami odciśniętych palców patrzyły na Helloise obco jej własne, zmatowiałe oczy. Od dawna nie miała gdzie się podziać w tym domu, teraz nie miała gdzie się podziać w sobie. Pazurami ryła po ciele kopnięte czerwone szlaki, próbowała zdrapać z siebie wspomnienie czarnoksiężnika. Myślała, aby dokopać się do wnętrza, do rdzenia swojego istnienia, gdzie on był, panoszył się jak u siebie, chciała rozdrapać swędzący dyskomfort, który po nim został. Nie mogła podrapać, gdzie Czarny Pan ją oglądał, więc gryzła się na oślep po rękach. Próbowała zęby jednocześnie zacisnąć na stawach wszystkich palców, które wepchnęła do ust. Zęby, niebędące kłami drapieżnika, zaraz ześlizgiwały się na paliczki, naciągały skórę. Wiedźma powoli przeżuwała rękę, patrząc w oczy odbite w lustrze. Patrzyła z nadzieją, że znajdzie w nich potwierdzenie, że on nic w niej nie zmienił. Tylko patrzył, rozgrzebywał ją, ale nie zmienił.
Gdy usłyszała znajome ciężkie kroki na tarasie, wyciągnęła z ust oślinioną rękę ozdobioną sinymi pierścieniami odciśniętych zębów. Wstała pospiesznie i wytarła ślinę w sukienkę. Uśmiechnęła się do odbicia w lustrze, próbując swojemu obliczu nadać przyjemny wyraz. Mięśnie twarzy napinały się dziwacznie. Helloise działała jak człowiek, który przypomniał sobie, że mruga, i od tej chwili musi już o każdym mrugnięciu myśleć. Rozstroiła ją wizyta Voldemorta. Uśmiech był koszmarny. Starła go więc, bo senne zblazowanie łatwiej było na twarzy ułożyć.
Czarownica podniosła ramię i wcisnęła nos w rękaw szaty, sprawdzając, czy aby zapach czarnej magii nie jest zbyt wyczuwalny. Coś czuła. Nie potrafiła stwierdzić, czy to ubranie przesiąkło czarnoksięską obecnością, czy to w niej ten przeklęty smród wciąż siedział i powracał jak omam. Ubranie było wczorajsze, ale nie spała nocą wcale, co zdradzała również jej blada twarz o podkrążonych oczach wyglądających jak zza mgły. Nie było to jednak u Helloise coś nietypowego.
Krocząc przez dom ku drzwiom, myślała tylko o tym, że potrzebuje kontaktu z czymś boskim, co jej przywróci równowagę. Potrzebowała natchnienia, które na powrót uczyni jej ducha jej duchem. Nie wystarczały modlitwy szeptane żarliwie całą noc, Helloise potrzebowała oddać ofiary. I tak się złożyło, że odwiedził ją ktoś, o czyją duchowość troszczyła się nie mniej niż o własną.
Po drodze wysupłała z szuflady skórzane rękawiczki, aby pod nimi ukryć dłoń, dopóki nie znikną ślady zębów.
— Gary — powitała go serdecznie, rozkładając ręce, niezbyt wysoko, ruchem niezbyt zamaszystym, trochę niemrawym. Ramiona zaraz opadły miękko jak wiotkie łodyżki.
Uśmiechnęła się przekornie w odpowiedzi na jego cwany wyszczerz i byłoby to wcale naturalne, gdyby czarownica nie zamroziła tego wyrazu na twarzy. Chciała przestudiować naturalność spontanicznego grymasu, zanim zniknie. Gdy się zorientowała, że go w ten sposób zrujnowała, uśmiech się rozproszył. Pozostało nieokreślone wrażenie dziwaczności.
— Nie rozbieraj się nawet — nakazała bratu Helloise, sięgając po swój wiszący na haczyku przy drzwiach rdzawy płaszcz z gryzącej wełny. — Nie złożyłeś w Mabon darów. Wiem, że nie złożyłeś, skoro się tyle spóźniłeś na kolację. Dobrze ci zrobi oddać bogom, co im należne. Nie można kwestii zaniedbać, skoro zbliża się Samhain. W tym okropnym roku nie można niczego zaniedbać, jest wystarczająco nieszczęsny — opowiadała, wsłuchując się w swój głos. Sprawdzała, czy przerwy na oddech są właściwe, czy nie mówi szybciej lub wolniej niż zwykle.
Patrzyła na Garetha, ogarniając go nieco za bardzo rozproszonym spojrzeniem. Sprawdzała, czy myśli o nim tak samo jak zawsze. Tak. Sądziła, że tak. Cieszyła się jego odwiedzinami. Irytowała się wciąż na to, że w sabat Mabon podróżował i nie spędził święta, jak należy. Widząc tę przebiegłą mordę, chciała się śmiać i dorównać mu cwaniactwem, żeby przypadkiem nie był górą.
— Przywieź. Ocenię — zgodziła się. — Nie myślisz, że dołożenie żuchwy odbierze łbu stabilności? — Zmarszczyła brwi, próbując sobie to wyobrazić. Nie mogło być dla Garetha sekretem, że na smoczą czaszkę Helloise lubiła nocami stawać i, balansując między smoczymi oczyma, tańczyć do księżyca.
dotknij trawy