Rowle był chyba jedną z ostatnich osób, której obchodziło bezwzględne przestrzeganie istniejących konwenansów. Znał je aż za dobrze, studiując ich sztywne ramy od urodzenia, jak każde dziecko urodzone w poważanej, czystokrwistej rodzinie. Jego matka przykładała niezwykłą uwagę do tego, by jej pociechy były z etykietą niezwykle dobrze zaznajomione. Ale Levi zawsze czuł się w nich obco. Nie uważał się za nikogo, kto wpasowywał się w socjetę, a jego dziwaczny wygląd tylko pogłębiał to wrażenie, nie wspominając już o jego profesji. Praca ze zwierzętami odsuwała go od ludzi, a im więcej czasu spędzał w ich towarzystwie, tym bardziej przekonany wydawał się o ich wyższości. Świat zwierząt miał jasne zasady, a ludzi? Ludzie robili wszystko by te zasady złamać na jak najbardziej powykręcane sposoby.
— Niezwykle kusząca perspektywa — mruknął, uśmiechając się do niej lekko, nie mogąc strząsnąć z siebie wrażenia, że niezwykle ciekawy krajobraz wybrała sobie do tego typu deklaracji. O wiele lepiej pasowałoby do tego jakieś zaciszne miejsce, które posiadało w sobie chociaż odrobinę komfortu. Zamiast tego mieli wszechobecny smród siarki i lepiący się do butów i rąbków szat popiół. Jemu to absolutnie nie przeszkadzało, ale ona? Ona wyglądała na kogoś, komu bardziej do twarzy było w salonowych wnętrzach. — Powiedzmy że wykorzystałbym tę niewątpliwą przewagę, a ty odmówiłabyś wykonania polecenia. Co wtedy, Edith? Wpisanie uwagi do karty stażu czy to niekoniecznie robiłoby na tobie wrażenie i trzeba wymyślić coś innego? — zapytał z zaciekawionym uśmiechem, wciąż przyklejonym do ust. Nie zamierzał podczas tej rozmowy stać w miejscu, zamiast tego kiwając w jej stronę głową i zapraszając tym samym by ruszyli dalej. Powoli, nieśpiesznie, bo Rowlowi nie zależało aż tak, by w trybie natychmiastowym znaleźć się przy zagubionym mugolu.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast