Victoria również nie miała najlepszego czasu. Fizycznie nic jej się podczas Spalonej Nocy nie stało, prócz tego, że robiła wtedy jakieś kosmiczne nadgodziny i do teraz nie wiedziała, jakim cudem przeżyła w ogóle najbliższe dni po Spalonej Nocy, bo prócz tego, że atak zastał ją, gdy była już u końca swojej zmiany i nie wróciła do domu przez cały następny dzień, to po przespaniu się krótko – wróciła do pracy. I mniej-więcej tak wyglądał cały tydzień po ósmym września. Później trochę się rozluźniło, minimalnie, ale musiała wrzucić trochę na luz, żeby się nie zajechać, a po drodze jeszcze musiała zadbać o swoje siostry, które straciły dach nad głową (zgoda, mogły się przenieść do głównej rezydencji rodziny przy ogrodzie Maida Vale, ale Victoria wolała je wziąć do siebie) i w ogóle wszystkie swoje rzeczy, ubrania… nie miały przecież nic. Ale na tym pech września się nie zakończył, o nie. Tydzień przed jego końcem okazało się, że coś jest nie tak z jej kamienicą na Pokątnej, tej samej, w której teraz mieszkała z siostrami. Że była najprawdopodobniej w jakiś sposób przeklęta, skoro najpierw ona, a później Primrose natknęły się na pomieszczenie, którego w ogóle nie powinno tam być wedle planów domu, a gdzie znajdował się jakiś dziwny ołtarz i zakrwawiony bęben… po czym znikał. Jak nie cholerny poltergeist wciśnięty w kratkę wentylacyjną w salonie, mieszający jej w głowie, to jakieś przeklęte piwniczki. No i właśnie wtedy jej przedziwna, i tak umierająca relacja z Saurielem, się zakończyła, gdy oznajmił, że on to wyjeżdża i nie planuje wrócić. Victorii było bardzo ciężko udawać, że wszystko jest w porządku. Jej życie uczuciowe nie istniało, dostała kosza drugi raz od tego samego faceta, w którym faktycznie była zakochana, nawet jeśli ją unieszczęśliwiał i wiedziała, że to w zasadzie zakończy się szybciej niż później – i tak bolało.
Nie miała więc najlepszego nastroju, nawet pomimo tego, że udało jej się bardzo szybko dopiąć sprawę kupna nowego domu na totalnym zadupiu, z dala od wszystkiego. Teraz więc, gdy była na patrolu na Nokturnie, również tym dobrym nastrojem nie emanowała. Prawdę mówiąc czekała tylko, aż jej zmiana się skończy. Brygadzista, z którym była na patrolu, strasznie ją wkurwiał swoimi głupimi teoriami na temat świata, zresztą chyba był do niej uprzedzony ze względu na nazwisko i gdy wszedł do najbliższego lokalu, by go sprawdzić, odetchnęła z ulgą, bo to oznaczało przynajmniej pięć minut świętego spokoju: nie weszła tam z nim, a została na zewnątrz. Gdy tylko zniknął za drzwiami, Victoria spojrzała na zegarek na nadgarstku i westchnęła, rozkoszuj;/.ąc się świętym spokojem. Świętym spokojem jak na Nokturn, rzecz jasna, bo ludzie na jej widok prychali i złorzeczyli pod nosem, ale widząc mundur aurora i kojarząc jej twarz, mało było takich, którzy mieli odwagę ją zaczepić.
I stojąc tak, usłyszała charakterystyczne odgłosy dochodzące najprawdopodobniej z uliczki pomiędzy budynkami. Przez kilka sekund starała się to ignorować, ale przy jakimś jęku uznała, że chyba jednak nie może… Ruszyła więc, wydobywszy różdżkę z kieszeni, chociaż wcale jej się nie spieszyło. I przyszła w sam raz, żeby zobaczyć, jak rudowłosy mężczyzna bierze zamach głową, uderza drugiego gościa, który po chwili już miał się zamachnąć, kiedy jakoś tak niefortunnie uniósł głowę, i zobaczył ją – w czerni, ze srebrnymi insygniami Ministerstwa, przyłapującą ich właśnie na gorącym uczynku i…
Zwiał.
Z trzaskiem aportacji.
Drugi koleś, ten który został, miał trochę więcej pecha i nie wyglądał, jakby był w stanie zrobić teraz to samo.
– No no no, a co my tutaj mamy – powiedziała cicho, może nawet nieco kpiąco, gdy znalazła się blisko Biliusa, ale nie na tyle, by być w zasięgu jego rąk, celując do niego różdżką. – Rączki do góry, palce szeroko i nic nie kombinuj – jeszcze by brakowało, żeby i na nią się rzucił z pięściami, albo próbował rzucić zaklęcie, a przecież wiedziała doskonale, ze da się to robić bez różdżki.
!nokturn