Ach. Weasley. Victoria westchnęła. Miała z nim do czynienia co jakiś czas – najpierw, gdy pracowała jako brygadzistka (może wtedy nawet częściej, bo brygadzistom lubiono zrzucać najczarniejszą z czarnych robót, zwłaszcza tym nowym w biurze brygady). Później, gdy była na stażu na kursie aurorskim, i najwyraźniej teraz również. Weasley okazywał się być pewną stałą w jej życiu: prędzej czy później gdzieś się na niego natykała i rzadko kiedy nie robił czegoś, co by nie zasługiwało na areszt. Nie była tylko pewna, czy to on przyciągał kłopoty, czy zwyczajnie dla sportu lubił raz na jakiś czas wylądować w areszcie, ale tak właśnie się działo (a na pewno nie przyszło jej do głowy, że robił to celowo, żeby popatrzeć sobie na ładne funkcjonariuszki w mundurach).
Teraz zaś pokręciła głową i zacmokała cicho, gdy się odwrócił i zwrócił do niej tak poufale, jakby byli starymi dobrymi znajomymi. Nie byli, chociaż nie był od niej wiele starszy, mieli jednak zupełnie inne grono przyjaciół, a na Nokturn zapuszczała się dlatego, że musiała, a nie dlatego, że chciała.
– Tak? I co byśmy robili w tych ciekawych zakątkach Nokturna albo w mugolskim Londynie? – zapytała kpiąco, podchodząc do niego, przez chwilę taksowała go wzrokiem, jednocześnie obijając sobie różdżkę o drugą dłoń, w wyrazie zniecierpliwienia. – Chyba dawno nie byłeś w areszcie, aż tak ci do tego tęskno, Weasley? – teraz, stojąc bliżej, zdecydowanie czuła smród alkoholu. Musiał wypić dość, by nim parować i najwyraźniej nie wystarczająco, by bełkotać. Ale tyle, by wdać się w bójkę już tak. I z tego co widziała – samo danie sobie po mordach nie było wystarczające, skoro tuż przed tym, jak ten drugi zwiał (najwyraźniej będąc z w znacznie lepszy stanie niż Billius), w ruch poszło uderzenie głową. – Chyba cię przymknę żebyś wytrzeźwiał i przemyślał swoje zachowanie – choć to chyba niewiele da, pomyślała sobie, bo najwyraźniej nie lubił się uczyć, a zwłaszcza na swoich błędach. O tak, fajki też czuła. Ogólnie czuła, jak od niego jedzie wszystkim, tylko nie kwiatkami. Rzuciła mu jeszcze jedno oceniające spojrzenie i schowała różdżkę, by rzeczywiście obmacać mu kieszenie i zabrać różdżkę, albo inne niebezpieczne narzędzia, żeby nie wywinął jej zaraz jakiegoś numeru. W normalnych warunkach w takich chwilach osoba, z którą było się na patrolu pilnowała pleców, a druga skuwała w kajdanki i sprawdzała kieszenie takiemu delikwentowi, ale w tej chwili była tutaj sama. I na brodę Merlina, jakże się z tego cieszyła. Była lodowata. Nieprzyjemnie, kurewsko lodowata, nie jak trup, tylko gorzej; zionęła tym zimnem, a nie nosiła rękawiczek. Łatwo było jej zapomnieć jak to jest czuć ciepło – wystarczyło kilka miesięcy, by tęsknić za tym, jak za czymś być może bezpowrotnie utraconym.