21.08.2026, 22:11 ✶
Jeśli duch żywił się przerażeniem, to wybrał domostwo w dobrej lokalizacji, jako że widma regularnie podsycały lęki wśród okolicznych mieszkańców, nawet jeśli pozostawały tylko odległym cieniem rzuconym na ich codzienność. Helloise miała okazję doświadczyć z bliska tego, jak głodne ludzkiego strachu były potwory z Kniei. Ten duch, który teraz zasiedlił jej chatę, nie przypominał spotkania z nimi. Wydawało się, że jego patrzenie i przesuwanie przedmiotów miało na celu raczej systematyczne zamęczenie psychiczne czarownicy niż wywołanie gwałtownych ataków lęku.
— Zapytałam, czy lubisz tartę dyniową — powtórzyła czarownica głosem pogodnym, a jednak podszytym dziwaczną intensywnością, jakby odpowiedź na to pytanie była w tamtej chwili kwestią kluczową.
Stojąc nad Othellem, obserwowała, jak mężczyzna rozstawia po stole świece i ostrożnie obchodzi się z przedmiotem. Widzący nie musiał obawiać się, że w razie nieudanego widzenia Helloise ściągnie dla niego pomoc. Wiedźma z rzadka medykom ufała. Wierzyła, że organizm ludzki jest silny i sam z wieloma rzeczami poradzi sobie, jeśli tylko dać mu odpowiednio dużo czasu. Czarodzieje zbyt często sięgali po rozwiązania uzdrowicieli, zamiast zaufać swojemu ciału.
Helloise ze skinieniem głowy przyjęła informację, że być może potrzebny będzie egzorcysta. Znała ich wystarczająco wielu, aby nie martwić się o to, do kogo zwrócić się o przysługę.
— Ach, zapewniam cię, że duch poprzedniej właścicielki żyje ze mną w jak najlepszej komitywie i wiem dokładnie, gdzie go szukać — odrzekła czarownica tonem, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwość. Babcia Teofila od lat tkwiła w Kniei zaklęta w urocze drzewo ozdabiające zagajnik. Zdarzało się Helloise rozmawiać z nią i w żadnym razie nie podejrzewała staruszki o chęć szkodzenia. Dla Fawleya miała zaś dodatkowe fakty oczyszczające babuszkę z zarzutów: — Wróżbitka doświadczyła przy kuli wizji — podjęła powoli Helloise, która niechętnie dzieliła się osobistymi informacjami, a takie właśnie zawierało widzenie. Czarownica zrobiła kilka kroków, krążąc po malutkiej kuchni. Wzięła w ręce listki pnącej rośliny, oglądając je z wielkim zainteresowaniem, a o sprawie przemówiła niedbale: — Widziała drzewo na wzgórzu. W jego pniu czaiło się coś… coś nieokreślonego. Narysowała dla mnie to drzewo. Ono nie było tutejsze. — Kobieta przesunęła palcem po listeczku, wwiercając się w niego wzrokiem. — To drzewo widziałam gdzieś w Snowdonii. W Walii. Tam się urodziłam i wychowałam — zakończyła, podnosząc na Fawleya oczy z nieprzeniknionym uśmiechem. Choć Helloise nigdy nie opowiadała zbyt wylewnie o swoich rodzinnych stronach, jej wyznanie raczej nie okazało się dla Othella zaskoczeniem. Znał jej nazwisko, a powszechnie wiadomo było, gdzie znajdują się posiadłości Rowle’ów. — Powinieneś również wiedzieć, że coś groziło wróżbitce podczas widzenia. Chciało wydziobać jej oko pazurem. — A jednak wiedźma wcale nie brzmiała, jakby odwodziła mężczyznę od podjęcia próby. Jedynie dawała ostrzeżenie na drogę, z której nie oczekiwała, że mógłby się wycofać.
— Zapytałam, czy lubisz tartę dyniową — powtórzyła czarownica głosem pogodnym, a jednak podszytym dziwaczną intensywnością, jakby odpowiedź na to pytanie była w tamtej chwili kwestią kluczową.
Stojąc nad Othellem, obserwowała, jak mężczyzna rozstawia po stole świece i ostrożnie obchodzi się z przedmiotem. Widzący nie musiał obawiać się, że w razie nieudanego widzenia Helloise ściągnie dla niego pomoc. Wiedźma z rzadka medykom ufała. Wierzyła, że organizm ludzki jest silny i sam z wieloma rzeczami poradzi sobie, jeśli tylko dać mu odpowiednio dużo czasu. Czarodzieje zbyt często sięgali po rozwiązania uzdrowicieli, zamiast zaufać swojemu ciału.
Helloise ze skinieniem głowy przyjęła informację, że być może potrzebny będzie egzorcysta. Znała ich wystarczająco wielu, aby nie martwić się o to, do kogo zwrócić się o przysługę.
— Ach, zapewniam cię, że duch poprzedniej właścicielki żyje ze mną w jak najlepszej komitywie i wiem dokładnie, gdzie go szukać — odrzekła czarownica tonem, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwość. Babcia Teofila od lat tkwiła w Kniei zaklęta w urocze drzewo ozdabiające zagajnik. Zdarzało się Helloise rozmawiać z nią i w żadnym razie nie podejrzewała staruszki o chęć szkodzenia. Dla Fawleya miała zaś dodatkowe fakty oczyszczające babuszkę z zarzutów: — Wróżbitka doświadczyła przy kuli wizji — podjęła powoli Helloise, która niechętnie dzieliła się osobistymi informacjami, a takie właśnie zawierało widzenie. Czarownica zrobiła kilka kroków, krążąc po malutkiej kuchni. Wzięła w ręce listki pnącej rośliny, oglądając je z wielkim zainteresowaniem, a o sprawie przemówiła niedbale: — Widziała drzewo na wzgórzu. W jego pniu czaiło się coś… coś nieokreślonego. Narysowała dla mnie to drzewo. Ono nie było tutejsze. — Kobieta przesunęła palcem po listeczku, wwiercając się w niego wzrokiem. — To drzewo widziałam gdzieś w Snowdonii. W Walii. Tam się urodziłam i wychowałam — zakończyła, podnosząc na Fawleya oczy z nieprzeniknionym uśmiechem. Choć Helloise nigdy nie opowiadała zbyt wylewnie o swoich rodzinnych stronach, jej wyznanie raczej nie okazało się dla Othella zaskoczeniem. Znał jej nazwisko, a powszechnie wiadomo było, gdzie znajdują się posiadłości Rowle’ów. — Powinieneś również wiedzieć, że coś groziło wróżbitce podczas widzenia. Chciało wydziobać jej oko pazurem. — A jednak wiedźma wcale nie brzmiała, jakby odwodziła mężczyznę od podjęcia próby. Jedynie dawała ostrzeżenie na drogę, z której nie oczekiwała, że mógłby się wycofać.
dotknij trawy