Otumaniony alkoholem mózg to był fascynujący narząd. Nie dość, że ściągał z ust filtr, to jeszcze podsuwał do głowy naprawdę niezwykłe rzeczy, takie, jakich na trzeźwo zupełnie by się nawet nie pomyślało. Niektórzy upijali się na wesoło, niektórzy robili się przytulaśni, niektórzy chlipali nad stołem i użalali się nad swoim życiem, a niektórzy, jak najwyraźniej Billius, w ogóle tracili instynkt samozachowawczy. Bo Victoria wcale nie zamierzała się nigdzie z nim umówić po pracy, ot była zwyczajnie ciekawa, cóż ten takiego mądrego wymyśli w odpowiedzi.
Nie zawiodła się.
– Tak ci szybko na ślubny kobierzec? Powinieneś więc lecieć do panny z bukietem kwiatów, a nie rozpijać się na Nokturnie, a potem prać się po mordach i liczyć na okazję pięć sekund przed aresztowaniem – coś w wypowiedzi Billiusa ją jednak rozbawiło. Ona i ślub – a to dobre. Było w tym coś ironicznego, bo poprzednich dwóch narzeczonych oraz ślubów również nie chciała; gdy rodzina wymyślała zamążpójście, obu kandydatów nie znała. Pierwszy był kompletnym niewypałem, nie była w stanie przy Rosierze wytrzymać nawet pięciu minut, ale jej trud skończył się półtorej miesiąca później, gdy ten zginął w ataku Śmierciożerców… Nie życzyła mu tego, ale nie dało się ukryć, że w pewnym sensie odetchnęła z ulgą. A później był wampir. Z początku się nie znosili, później jakoś się dogadali… a jeszcze później potoczyło się jak potoczyło – tak, że teraz nie zamierzała się wiązać z kimkolwiek dlatego, że ktoś tak jej kazał. O to zresztą pokłóciła się w lipcu z matką; że układają jej życie i wychodzi chujowo. Zamierzała sama za siebie decydować. – Przy okazji nie polecam zabierać dziewczyny nad Tamizę. Za bardzo cuchnie – wyjaśniła mu wspaniałomyślnie i uśmiechnęła się krzywo.
– Widzę, że jesteś z tych całkowicie niereformowalnych – westchnęła, puszczając mimo uszu tę gadkę na podryw. To nie było pierwszy raz, jak coś podobnego słyszała. Niekoniecznie od Weasleya, po prostu czasami goście, których aresztowała, albo którzy widzieli ją w areszcie, gwizdali pod nosem i rzucali naprawdę obleśne teksty. Po pięciu latach takiej pracy, już się zwyczajnie uodporniła. Zabawne, prawda? Obcy faceci na pewien sposób potrafili docenić jej urodę (jakkolwiek niekoniecznie przyjemnie), ale facet, który miał być jej mężem, nie potrafił jej nawet powiedzieć, że mu się podoba. A umiał to zrobić najebany Weasley.
Obmacała mu kieszenie i z lekkim zaskoczeniem przyjęła, że nie miał przy sobie różdżki, ani nawet jednej monety pieniędzy – nic. Może co najwyżej jakieś zasmarkane chusteczki, czy cokolwiek facet może trzymać w kieszeniach.
– A może jestem wampirem? – zasugerowała, uśmiechając pod nosem, bo już jeden z nich przez moment ją z takowym pomylił jakieś dwa tygodnie temu. – Ktoś tu chyba nie czyta gazet – skomentowała, po czym go puściła, sięgając tym razem do swojej kieszeni. Ale może i jej dotyk był nieprzyjemny przez swoją lodowatość, to dłonie faktycznie miała zadbane i miękkie. – Gdzie zgubiłeś swoją różdżkę, Weasley? – rzuciła, wyciągając swoją parę kajdanek.