Czy go chwaliła… Raczej niekoniecznie. Typ snuł wizję małżeństwa z laską, której zupełnie nie znał, snując wizję jednego wyjścia i oświadczyn na nim, ale chyba oboje wiedzieli, że to się nie wydarzy. To, że w jego głowie były też dzieci, na całe szczęście dla Victorii było niewiadome.
– Ach, desperacja – skomentowała gładko, słysząc jego wytłumaczenie. Że trzydzieści lat, że rzeczywiście szuka okazji… Victoria brała jego słowa przez palce, bo wiedziała, że do najtrzeźwiejszych to nie należał, zresztą… nie była zainteresowana. – Za to stać cię na alkohol i z tego co czuję, to na całkiem dużo – Victoria dla swoich bliższych znajomych, przyjaciół i rodziny mogła być najłagodniejszą wersją siebie, ale w interakcjach na Nokturnie i ogólnie w pracy, wychodziła na wierzch ta druga część jej charakteru: nie bez powodu ludzie mieli ją za zdystansowaną i chłodną w obyciu, bo i nie dość, że raczej rzadko dało się z niej odczytać emocje, to jeszcze potrafiła niektóre uwagi powiedzieć naprawdę bezlitośnie. Ale to nie tak, że była bez serca.
To też nie tak, że uważała słowa Billiusa za obrzydliwe. Jak na swój stan upojenia to i tak był bardzo cywilizowany i nie odebrała tego źle. Raczej refleksja była zwyczajnie taka, że może to i dobrze, że jej życie prywatno-uczuciowe się zwyczajnie rozpieprzyło na kawałki, skro o obcy ludzie na ulicy podczas aresztowania potrafili powiedzieć jej komplement (nawet jeśli wcale tak do końca nie myśleli), w przeciwieństwie do jej wtedy-jeszcze-narzeczonego.
Zignorowała go, gdy stwierdził, że może być amatorem potwory wampirze (którą zresztą nie była). Zamiast tego rzuciła do niego.
– Dobra, odwróć się i rączki do tyłu – bo jeśli sądził, że ją tak zagadał, że ta go puści, to nie tym razem. Nie leżało to w naturze Victorii Lestrange.
– Polecam zatem wybrać się do biblioteki Maeve, mają tam archiwum dzienników i gazet, i sobie jednak poczytać – bo o Victorii rozpisywali się sporo. Ba, nawet dała wywiad do gazety – ludzie byli w końcu zafascynowani i jednocześnie przerażeni tym, co wydarzyło się w maju podczas Beltane; że czterech funkcjonariuszy trafiło do Limbo i wyszło stamtąd, przeżywszy, że stali się Zimni. To była sensacja na skalę nie tyleż krajową co nawet w pewnym sensie światową w pewnych kręgach naukowych. Trzeba było żyć naprawdę pod kamieniem, by nie usłyszeć o Victorii Lestrange, Atreusie Bulstrode czy Mavelle Bones albo Patricku Stewardzie (choć o tej ostatniej dwójce nieco mniej i ostatecznie głosy ucichły) i o tym, jak nazywani są Zimnymi. A dlaczego, to Billius miał właśnie bardzo dosłowny pokaz.
– Świetnie, skoro więc jedną masz niezmiennie od trzydziestu lat między nogami, to jestem pewna, że raz dwa wyplączesz się z moich kajdanek – sarknęła, zapinając mu jedną na jednym nadgarstku. – Bardzo bym chciała to zobaczyć. I w takim razie nie będziesz płakać, że nie masz tej drugiej – powiedziała oschle, nie godząc się na żadne szukanie różdżki w środku przybytku, przed który właśnie go aresztowała i zaraz pociągnęła mocniej za parę kajdanek, by zapiąć mu też drugą rękę. To był jego problem, że nie pilnował swoich rzeczy, a nie jej.