W pewnym momencie Cameron odłączył się od Charliego oraz Theodore'a. Po prostu buszując wśród straganów i przenosząc się w stronę miejsca wyznaczonego na plecenie wianków, Lupin jakoś się zgubił i odłączył od reszty chłopaków. Zatrzymany przez jakiegoś dryblasa, który stanął mu na drodze, zmuszony czekać, aż kolumna spragnionych wrażeń ludzi posunie się do przodu, stracił ich z oczu i... Tyle.
Rozglądał się to na prawo, to na lewo w poszukiwaniach swych towarzyszy, jednak nie był w stanie ich dostrzec. Zauważył za to kogoś zupełnie innego i ucieszył się równie mocno, a może nawet i bardziej, niż gdyby znalazł Charlesa z Lovegoodem. A więc Rudej jednak udało się wyrwać z patrolu! Ta noc nagle nabrała dodatkowych kolorów! Nagle potknął się o wystający spomiędzy kęp trawy korzeń i potoczył się po ziemi, lądując tuż obok panny Wood.
— A-Ł-A! — wydusił z siebie cierpiętniczym tonem. Poderwał głowę. Do policzka i włosów przyczepiło mu się kilka źdźbeł trawy. — H-heather, jak dobrze, że jesteś! P-pomóż mi! C-charlie i T-theo się gdzieś tutaj kręcą, a ja... Ja się zgubiłem. Chyba. Tak myślę.
Omiótł skonfundowanym spojrzeniem przyjaciółkę, aż zatrzymał wzrok na wianku, który próbowała wykończyć. Szło jej... Lepiej niż by przypuszczał.
— Ekhm. — Chrząknął znacząco. Wcale nie zazdrosny o potencjalnego, trzeciego już, konkurenta. — To dla kogoś kogo znam? — Uniósł pytająco brwi, chociaż z trawą we włosach wcale nie wyglądał zbyt poważnie, czy oskarżycielsko.