Zakręciło mu się w głowie.
Tragedia. Był tak słaby fizycznie, że to była tragedia – niezależnie od tego jak miało się to skończyć, niezależnie od tego ile światła widział jeszcze w swojej biografii, jak daleko zamierzał sięgnąć swoimi rękoma po prestiż i chwałę za przekraczanie granic i łamanie schematów – był słabym człowiekiem. Morpheus powiedział: na bogów, a on przecież tym bogiem być chciał i niech mu najjaśniejsze gwiazdy wskażą drogę przez te gęste chmury, bo na wszystko co kochał i w co wierzył – od dawna nie poczuł się tak ludzko, przyziemnie i bezsilnie, jak w obliczu zetknięcia z dymem Spalonej Nocy.
– Żeby ci kręgosłup nie strzelił od samej myśli stary capie!
Nawet taka obelga płynąca z jego ust powinna zabrzmieć melodyjnie, ale mu się to nie udało mimo wprawy i doskonałości w nakładaniu masek. Charknął. W tym jak świszczał przy oddechu słychać było wyraźnie, że ciężko i boleśnie mu się oddycha. Kto tutaj tak naprawdę był tym „starym capem”? Głupiec domyśliłby się, że bardziej niż widok siwych włosów Longbottoma, tekst napisały mu jego własne kompleksy. Te, które notorycznie krzyczały i drapały go po głowie tym irytującym spostrzeżeniem, że świetność w tym jak wyglądał miał już dwie dekady za sobą.
Dolohova musiała po tym czekać jakaś choroba. W bańce Praw Czasu czekało na niego całe zaplecze ludzi gotowych do tego, aby mu się rzucić do pomocy, ale wpierw czekało go pikowanie.
Do patrzenia na innych z dołu nie przywykł nigdy. Widać to było od razu, bo absurd gonił absurd – w dziwacznym spojrzeniu rzuconym gdzieś w kierunku, z którego nadleciało przed chwilą śmiercionośne zaklęcie widać było lęk. Przed byciem ocenionym przez człowieka potencjalnie odbierającego mu życie. Kiedy tylko wróci do bezpiecznych czterech ścian, jak zawsze upadnie na podłogę i skuli się, chowając twarz między nogi, szukając komfortu w nienaturalnej dla siebie pozycji. Zaciśnie oczy, recytując jakąś mantrę, żeby zapomnieć, że gdyby wychylił twarz i zerknął w górę, zdałby sobie sprawę z tego, że wszystko górowało nad nim jak w najgorszym koszmarze sennym. Dzieciństwo wpisało w jego charakter bezradność wobec zdarzeń.
– Znowu to samo – powiedział, stawiając kilka kroków w przód i zbierając się do tego, żeby mu głos nie drżał, nawet jeśli przypłacił to nasączeniem go przyłaczającą ilością goryczy – trzymasz się blisko, żeby jak najwięcej wiedzieć i widzieć, ale sam nie powiesz mi nic, będziesz się gapił i dumał i wmawiał sobie, że zrobisz wszystko sam, aż to twoje wszystko nie zacznie się sypać.
@Morpheus Longbottom
Tragedia. Był tak słaby fizycznie, że to była tragedia – niezależnie od tego jak miało się to skończyć, niezależnie od tego ile światła widział jeszcze w swojej biografii, jak daleko zamierzał sięgnąć swoimi rękoma po prestiż i chwałę za przekraczanie granic i łamanie schematów – był słabym człowiekiem. Morpheus powiedział: na bogów, a on przecież tym bogiem być chciał i niech mu najjaśniejsze gwiazdy wskażą drogę przez te gęste chmury, bo na wszystko co kochał i w co wierzył – od dawna nie poczuł się tak ludzko, przyziemnie i bezsilnie, jak w obliczu zetknięcia z dymem Spalonej Nocy.
– Żeby ci kręgosłup nie strzelił od samej myśli stary capie!
Nawet taka obelga płynąca z jego ust powinna zabrzmieć melodyjnie, ale mu się to nie udało mimo wprawy i doskonałości w nakładaniu masek. Charknął. W tym jak świszczał przy oddechu słychać było wyraźnie, że ciężko i boleśnie mu się oddycha. Kto tutaj tak naprawdę był tym „starym capem”? Głupiec domyśliłby się, że bardziej niż widok siwych włosów Longbottoma, tekst napisały mu jego własne kompleksy. Te, które notorycznie krzyczały i drapały go po głowie tym irytującym spostrzeżeniem, że świetność w tym jak wyglądał miał już dwie dekady za sobą.
Dolohova musiała po tym czekać jakaś choroba. W bańce Praw Czasu czekało na niego całe zaplecze ludzi gotowych do tego, aby mu się rzucić do pomocy, ale wpierw czekało go pikowanie.
Do patrzenia na innych z dołu nie przywykł nigdy. Widać to było od razu, bo absurd gonił absurd – w dziwacznym spojrzeniu rzuconym gdzieś w kierunku, z którego nadleciało przed chwilą śmiercionośne zaklęcie widać było lęk. Przed byciem ocenionym przez człowieka potencjalnie odbierającego mu życie. Kiedy tylko wróci do bezpiecznych czterech ścian, jak zawsze upadnie na podłogę i skuli się, chowając twarz między nogi, szukając komfortu w nienaturalnej dla siebie pozycji. Zaciśnie oczy, recytując jakąś mantrę, żeby zapomnieć, że gdyby wychylił twarz i zerknął w górę, zdałby sobie sprawę z tego, że wszystko górowało nad nim jak w najgorszym koszmarze sennym. Dzieciństwo wpisało w jego charakter bezradność wobec zdarzeń.
– Znowu to samo – powiedział, stawiając kilka kroków w przód i zbierając się do tego, żeby mu głos nie drżał, nawet jeśli przypłacił to nasączeniem go przyłaczającą ilością goryczy – trzymasz się blisko, żeby jak najwięcej wiedzieć i widzieć, ale sam nie powiesz mi nic, będziesz się gapił i dumał i wmawiał sobie, że zrobisz wszystko sam, aż to twoje wszystko nie zacznie się sypać.
@Morpheus Longbottom
with all due respect, which is none