Panna Wood wbrew pozorom poradziła sobie całkiem zgrabnie. Tak już miała - czego by się nie złapała, to zawsze wszystko jej wychodziło. Sama czasami nie mogła uwierzyć w to, że tak lekko przychodzi jej wiele rzeczy. Ma się te ukryte talenty.
Obejrzała swój wianek z każdej strony, zastanawiała się, czy powinna jeszcze coś od siebie dodać, ale nie chyba wystarczy. Nie ma co na siłę dodawać więcej kolorów.
Teraz tylko Heather musiała się zastanowić, komu powinna wręczyć swoje dzieło. Czy znaleźć jakiegoś losowego wybranka, żeby nikogo nie urazić? Zmarnowałby się.
Na całe szczęście los sam zadecydował. Usłyszała głośne AŁA. Znała ten głos bardzo dobrze, przeniosła wzrok na Camerona, który wywalił się dosłownie przed nią. To był znak. - Część Piękny, bolało jak spadłeś z nieba? - Uśmiechnęła się do Lupina serdecznie. Naprawdę cieszyła się, że go tutaj spotkała. Później na jej twarzy pojawiło się jednak zamyślenie, jak doszło do tego, że był i z Charliem i z Theo. Nie wróżyło to nic dobrego, ale nie zamierzała się tym teraz przejmować.
- Nie zgubiłeś się, znalazłeś się w odpowiednim miejscu Kamiś, spadłeś mi z nieba. - Powiedziała do niego jeszcze. No, lepiej nie mógł trafić. - Tak, dla Ciebie! - Wręczyła Cameronowi wianek do ręki i cmoknęła go przy tym w policzek. - Musisz się teraz wspiąć tam, na pal... - Pokazała mu ręką. Może to nie był taki dobry pomysł, miała nadzieję, że nie zrobi sobie krzywdy.