24.08.2026, 11:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.08.2026, 11:55 przez Lorien Mulciber.)
Ty tak nie myślisz?
Z początku nie otrzymał odpowiedzi, choć przecież słuchała go wyjątkowo uważnie. Każdego jednego słowa, każdego miłosnego wyznania, które padało z ust aurora. Wpatrywała się jak zaklęta w lustrzane odbicie, w swoje własne błyszczące oczy.
Chwilę zajęło jej zorientowanie się, że to nie Aaron stoi obok. Ale znała dłonie, które mężczyzna z odbicia trzymał zaciśnięte na jej ramionach, na miękkim atłasie czarnej szaty. Znała sygnet rodowy na palcu. Serce zabiło jej mocniej, gdy dostrzegła na swoim palcu obrączkę. Tą samą, którą nosiła Selina.
Nie uśmiechała się. Ani ona ani jej odbicie, ani nawet czarodziej, którego twarz znała lepiej niż własną. Donald nigdy się nie uśmiechał. Włosy miał krótsze, ułożone gładko, tak jak to zawsze lubił; na skroniach parę siwych pasm. Stał wyprostowany, górując nad nią jak to miał w zwyczaju.
Utkwiła spojrzenie w samej sobie. Nie było już Diany, nie było Roberta. Nie wiedziała skąd to wie, pewnie taka była magia lustra. Po prostu czuła, że nie ma nikogo kto mógłby kiedykolwiek stanąć im na drodze. Ta tutaj została panią na Mulciber Manor. Wygrała. Tak wyglądało zwycięstwo.
Ty tak nie myślisz?
Głos Aarona wrócił ze zdwojoną siłą. To tylko lustro. Tylko i wyłącznie lustro.
Donald nadal leżał nieprzytomny w Lecznicy Dusz, podpięty do aparatury. Żył. Wciąż żył. A skoro żył - ona czekała. Siadywała przy nim, czytywała listy i Proroka Codziennego. Może, jeśli tylko się obudzi, to będzie pamiętał kto czuwał. Ukarze wszystkich tych, którzy ją wyśmiewali. Będzie ją kochał. Nie będzie miał wyboru.
Ty tak nie myślisz?
Sen był niczym w porównaniu z rzeczywistością. Donald nie mógł jej objąć, pogłaskać po głowie. Donald nie odwiedzał jej w gabinecie; nie przynosił jej ulubionej kawy. Donald nie chadzał z nią na przyjęcia, których w duszy z pewnością nie znosił. Donald nie oddał jej samego siebie. Ale nie zrobił tego też Alexander.
Dlatego wreszcie odwróciła się od nieszczęsnego lustra.
- Ja myślę, że…- Zatrzymała się w półkroku. Przekręciła głowę, równocześnie gestem ściągając Aarona nieco niżej. Bliżej. Jej dłonie powędrowały w górę ramienia aurora, przymuszając go do zgięcia karku.- Myślę, że…- Zniżyła głos do szeptu. Objęła jego twarz dłońmi. Przesunęła palcami po gładkim policzku. Musiał się dzisiaj ogolić, bo wciąż czuła zapach tej jego taniej wody kolońskiej.- Myślę, że… te cukierki trzeba wysłać do toksykologów. Chyba ktoś je nafaszerował Amortencją, bo mówi pan Panie Moody jak zakochany uczniak w Hogwarcie!- Stwierdziła już ze śmiertelną powagą. Lekki, śpiewny trel wyrwał się jej z gardła szybciej niż śmiech.
Rozmowy o uczuciach przychodziły jej zawsze z okropną trudnością. Prawdę powiedziawszy nikt nigdy Lorien nie powiedział, że “wszystko już jest dobrze”. Nigdy przecież dobrze nie było. Była smutna i w smutku swoim szalenie wręcz żałosna.
Wiedziała, że prędzej czy później przyjdzie czas, gdy będą musieli o tym wszystkim porozmawiać.
O nich.
- Nie śnię o Tobie Aaronie.- Powiedziała spokojnie, odrywając wreszcie wzrok od kolejnego z luster. Odbita czarownica (a raczej jej alternatywna mugolska wersja) prezentowała się szalenie gustownie w najnowszym krzyku mody jakim były jeansy dzwony z bardzo wysokim stanem i kwiecistej koszuli. Do tego miała buty na platformach. No i to już było warte rozważenia. Dopiero po paru długich sekundach zorientowała się jak mogło to wybrzmieć, więc machnęła nonszalancko ręką, jakby nie było to nic aż tak ważnego.- Powinno cię to cieszyć. Moje sny są…- Zamilkła, ale nie uciekała spojrzeniem.- To trudno wytłumaczyć.- Przyznała w końcu, już zdecydowanie ciszej. Nie opowiadała tego nikomu nigdy wcześniej, ale ukrywanie prawdy przed Aaronem zdało jej się naraz sprzeczne z naturą; z jakimś niepisanym prawem, którego wcale nie chciała łamać.- Często śnię o Morzu Północnym. Budzę się na wyspie, całkiem sama. Cele są puste. Azkaban jest pusty. Jestem tylko ja i mury z czarnego kamienia. Jest zimno. Tam zawsze jest zimno. Idę schodami na górę. Czasem mam latarnię, czasem idę w kompletnej ciemności. Mijam zamknięte pokoje, w których zebrałam wspomnienia. Jesteś w jednym z nich. Przynajmniej mam taką nadzieję, że jesteś. Przechodzę przez zaklętą klapę, a nade mną rozpościera się nocne niebo. Gdzieś pode mną łączy się z horyzontem i spokojnym bezmiarem wód. Wiem, że poza mną i tym niebem nie ma już nic. Jestem tylko ja, gwiazdy i ta przenikliwa pustka, jakby już nigdy nie miało wydarzyć się nic dobrego. To jest piękny sen, z którego kiedyś się nie obudzę. Wiem to. Zostanie mi tylko to niebo i czarny kamień i pokoje wspomnień, które się wtedy otworzą.- Przerwała na moment, czując ucisk w gardle. Nie chciała się rozpłakać. Nie tu, nie teraz w jakimś głupim gabinecie luster. Zdecydowanie jedno z gorszych miejsc, żeby się rozkleić.- Prędzej czy później - nie będziesz mnie mieć w rzeczywistości. Nie będzie już tej mnie. Mam nadzieję, że wtedy ta w snach będzie w stanie cię uszczęśliwić choć troszkę.
Podprowadziła ich dalej, ani na moment nie wypuszczając jego dłoni ze swojej. Chyba znajdowali się bliżej środka dziwacznego, lustrzanego labiryntu. Sądząc po ławeczce ustawionej przed jednym z luster - właśnie ono było główną atrakcją gabinetu. Bogato zdobione złotem i inskrypcjami, których nie zamierzała teraz rozszyfrowywać. Nie zastanawiała się nad tym dłużej. Przysiadła na ławeczce, ciągnąc mężczyznę za sobą.
- Nie zestarzeję się z tobą. Ale chyba… chcę z tobą żyć. Tak jak teraz.- Wsparła głowę o jego ramię. Była zmęczona - fizycznie, bo nogi zaczęły ją boleć po całym dniu spacerowania; psychicznie - bo każde kolejne słowo pieczętowało los na który nie była gotowa.- Jest taki mit. Głupi mit. Czytałam o nim kiedyś w jednej z tych wróżbiarskich gazetek. Ponoć każdego z nas łączą nici powiązań. Każda jedna - w innej barwie, oddająca jedno z uczuć. Przyjaźń. Zazdrość. Miłość. Nienawiść. Jak w pajęczynie wszystkie są potrzebne, ponoć przepływa między nimi magia. Najpiękniejsza z nich łączy dusze, które zostały stworzone razem przed wiekami i choćby nie chciały, odnajdą się w każdym czasie i wszechświecie. Nie wiem czy to co jest między nami to to. Ale wiem, że chciałabym, żebyś mnie odnalazł w innym życiu.
Dopiero teraz spojrzała w odbicie w lustrze. Nie było w nim nic ciekawego, przynajmniej z początku. Ona przynajmniej niewiele się zmieniła. Siedzieli sobie na ławeczce jak gdyby nigdy nic. Tylko Aaron miał tego okropnego wąsa, którego czasem nosił na misje pod przykrywką. Och jak ona go takim nie lubiła. Włosy czarował sobie dłuższe, dorabiał sobie zmarszczki (jakby to było potrzebne), odsłaniał tatuaże (to było do zaakceptowania) i nosił okropne mugolskie koszule w kratę. Dokładnie te najtańsze, co okropnie drapały i ją uczuliły. Za cholerę nie szło się domyślić co Bletchey’owie nawymyślali z tym lustrem.
Z początku nie otrzymał odpowiedzi, choć przecież słuchała go wyjątkowo uważnie. Każdego jednego słowa, każdego miłosnego wyznania, które padało z ust aurora. Wpatrywała się jak zaklęta w lustrzane odbicie, w swoje własne błyszczące oczy.
Chwilę zajęło jej zorientowanie się, że to nie Aaron stoi obok. Ale znała dłonie, które mężczyzna z odbicia trzymał zaciśnięte na jej ramionach, na miękkim atłasie czarnej szaty. Znała sygnet rodowy na palcu. Serce zabiło jej mocniej, gdy dostrzegła na swoim palcu obrączkę. Tą samą, którą nosiła Selina.
Nie uśmiechała się. Ani ona ani jej odbicie, ani nawet czarodziej, którego twarz znała lepiej niż własną. Donald nigdy się nie uśmiechał. Włosy miał krótsze, ułożone gładko, tak jak to zawsze lubił; na skroniach parę siwych pasm. Stał wyprostowany, górując nad nią jak to miał w zwyczaju.
Utkwiła spojrzenie w samej sobie. Nie było już Diany, nie było Roberta. Nie wiedziała skąd to wie, pewnie taka była magia lustra. Po prostu czuła, że nie ma nikogo kto mógłby kiedykolwiek stanąć im na drodze. Ta tutaj została panią na Mulciber Manor. Wygrała. Tak wyglądało zwycięstwo.
Ty tak nie myślisz?
Głos Aarona wrócił ze zdwojoną siłą. To tylko lustro. Tylko i wyłącznie lustro.
Donald nadal leżał nieprzytomny w Lecznicy Dusz, podpięty do aparatury. Żył. Wciąż żył. A skoro żył - ona czekała. Siadywała przy nim, czytywała listy i Proroka Codziennego. Może, jeśli tylko się obudzi, to będzie pamiętał kto czuwał. Ukarze wszystkich tych, którzy ją wyśmiewali. Będzie ją kochał. Nie będzie miał wyboru.
Ty tak nie myślisz?
Sen był niczym w porównaniu z rzeczywistością. Donald nie mógł jej objąć, pogłaskać po głowie. Donald nie odwiedzał jej w gabinecie; nie przynosił jej ulubionej kawy. Donald nie chadzał z nią na przyjęcia, których w duszy z pewnością nie znosił. Donald nie oddał jej samego siebie. Ale nie zrobił tego też Alexander.
Dlatego wreszcie odwróciła się od nieszczęsnego lustra.
- Ja myślę, że…- Zatrzymała się w półkroku. Przekręciła głowę, równocześnie gestem ściągając Aarona nieco niżej. Bliżej. Jej dłonie powędrowały w górę ramienia aurora, przymuszając go do zgięcia karku.- Myślę, że…- Zniżyła głos do szeptu. Objęła jego twarz dłońmi. Przesunęła palcami po gładkim policzku. Musiał się dzisiaj ogolić, bo wciąż czuła zapach tej jego taniej wody kolońskiej.- Myślę, że… te cukierki trzeba wysłać do toksykologów. Chyba ktoś je nafaszerował Amortencją, bo mówi pan Panie Moody jak zakochany uczniak w Hogwarcie!- Stwierdziła już ze śmiertelną powagą. Lekki, śpiewny trel wyrwał się jej z gardła szybciej niż śmiech.
Rozmowy o uczuciach przychodziły jej zawsze z okropną trudnością. Prawdę powiedziawszy nikt nigdy Lorien nie powiedział, że “wszystko już jest dobrze”. Nigdy przecież dobrze nie było. Była smutna i w smutku swoim szalenie wręcz żałosna.
Wiedziała, że prędzej czy później przyjdzie czas, gdy będą musieli o tym wszystkim porozmawiać.
O nich.
- Nie śnię o Tobie Aaronie.- Powiedziała spokojnie, odrywając wreszcie wzrok od kolejnego z luster. Odbita czarownica (a raczej jej alternatywna mugolska wersja) prezentowała się szalenie gustownie w najnowszym krzyku mody jakim były jeansy dzwony z bardzo wysokim stanem i kwiecistej koszuli. Do tego miała buty na platformach. No i to już było warte rozważenia. Dopiero po paru długich sekundach zorientowała się jak mogło to wybrzmieć, więc machnęła nonszalancko ręką, jakby nie było to nic aż tak ważnego.- Powinno cię to cieszyć. Moje sny są…- Zamilkła, ale nie uciekała spojrzeniem.- To trudno wytłumaczyć.- Przyznała w końcu, już zdecydowanie ciszej. Nie opowiadała tego nikomu nigdy wcześniej, ale ukrywanie prawdy przed Aaronem zdało jej się naraz sprzeczne z naturą; z jakimś niepisanym prawem, którego wcale nie chciała łamać.- Często śnię o Morzu Północnym. Budzę się na wyspie, całkiem sama. Cele są puste. Azkaban jest pusty. Jestem tylko ja i mury z czarnego kamienia. Jest zimno. Tam zawsze jest zimno. Idę schodami na górę. Czasem mam latarnię, czasem idę w kompletnej ciemności. Mijam zamknięte pokoje, w których zebrałam wspomnienia. Jesteś w jednym z nich. Przynajmniej mam taką nadzieję, że jesteś. Przechodzę przez zaklętą klapę, a nade mną rozpościera się nocne niebo. Gdzieś pode mną łączy się z horyzontem i spokojnym bezmiarem wód. Wiem, że poza mną i tym niebem nie ma już nic. Jestem tylko ja, gwiazdy i ta przenikliwa pustka, jakby już nigdy nie miało wydarzyć się nic dobrego. To jest piękny sen, z którego kiedyś się nie obudzę. Wiem to. Zostanie mi tylko to niebo i czarny kamień i pokoje wspomnień, które się wtedy otworzą.- Przerwała na moment, czując ucisk w gardle. Nie chciała się rozpłakać. Nie tu, nie teraz w jakimś głupim gabinecie luster. Zdecydowanie jedno z gorszych miejsc, żeby się rozkleić.- Prędzej czy później - nie będziesz mnie mieć w rzeczywistości. Nie będzie już tej mnie. Mam nadzieję, że wtedy ta w snach będzie w stanie cię uszczęśliwić choć troszkę.
Podprowadziła ich dalej, ani na moment nie wypuszczając jego dłoni ze swojej. Chyba znajdowali się bliżej środka dziwacznego, lustrzanego labiryntu. Sądząc po ławeczce ustawionej przed jednym z luster - właśnie ono było główną atrakcją gabinetu. Bogato zdobione złotem i inskrypcjami, których nie zamierzała teraz rozszyfrowywać. Nie zastanawiała się nad tym dłużej. Przysiadła na ławeczce, ciągnąc mężczyznę za sobą.
- Nie zestarzeję się z tobą. Ale chyba… chcę z tobą żyć. Tak jak teraz.- Wsparła głowę o jego ramię. Była zmęczona - fizycznie, bo nogi zaczęły ją boleć po całym dniu spacerowania; psychicznie - bo każde kolejne słowo pieczętowało los na który nie była gotowa.- Jest taki mit. Głupi mit. Czytałam o nim kiedyś w jednej z tych wróżbiarskich gazetek. Ponoć każdego z nas łączą nici powiązań. Każda jedna - w innej barwie, oddająca jedno z uczuć. Przyjaźń. Zazdrość. Miłość. Nienawiść. Jak w pajęczynie wszystkie są potrzebne, ponoć przepływa między nimi magia. Najpiękniejsza z nich łączy dusze, które zostały stworzone razem przed wiekami i choćby nie chciały, odnajdą się w każdym czasie i wszechświecie. Nie wiem czy to co jest między nami to to. Ale wiem, że chciałabym, żebyś mnie odnalazł w innym życiu.
Dopiero teraz spojrzała w odbicie w lustrze. Nie było w nim nic ciekawego, przynajmniej z początku. Ona przynajmniej niewiele się zmieniła. Siedzieli sobie na ławeczce jak gdyby nigdy nic. Tylko Aaron miał tego okropnego wąsa, którego czasem nosił na misje pod przykrywką. Och jak ona go takim nie lubiła. Włosy czarował sobie dłuższe, dorabiał sobie zmarszczki (jakby to było potrzebne), odsłaniał tatuaże (to było do zaakceptowania) i nosił okropne mugolskie koszule w kratę. Dokładnie te najtańsze, co okropnie drapały i ją uczuliły. Za cholerę nie szło się domyślić co Bletchey’owie nawymyślali z tym lustrem.