Oj, tak. Nadejście Lupina zdecydowanie było swego rodzaju symbolem. Pytanie tylko, czy zostanie zapamiętane jako jeden z tych lepszych, czy raczej gorszych. I jak długo chłopak będzie musiał znosić skazę na swoim honorze po wydarzeniach tego wieczora.
— Nie, nie bolało — odparł, próbując puścić jej oczko, jednak zamiast tego po prostu zamrugał. Znowu. — Zmęczyłem się, wygrzebując się z piekła. — Odebrał od Rudej wianek, obracając go w dłoniach. — Ojej jak uroczo! Zajebisty jest! Tylko... Co?
Parsknął gromkim śmiechem, gdy usłyszał, w co się właśnie wpakował. Hahaha, miał tam wejść? Na pal? Na samą górę? No chyba kogoś pogrzało. Uśmiech nie zszedł mu jednak z twarzy, ponieważ dalej wydawało mu się, że Heather tylko się z nim tak droczy. Przecież wiedziała, jaki jest słaby, jeśli chodzi o jakiekolwiek ćwiczenia. Wejścia na siódme piętro Hogwartu to było wyzwanie!
— Dobry dowcip. — Pokręcił głową, zanurzając nos w kwiatkach, które tworzył wianek. Zapach tulipanów zdecydowanie najbardziej się przebijał z całej kombinacji. Podniósł wzrok na dziewczynę. — Z-z-zaraz... Ty nie żartujesz!
Zanim zdołał zaprotestować lub wymyślić jakąś wymówkę, został poprowadzony przez Rudą pod sam pal, przystrojony przez kapłanki kowenu. Przełknął głośno ślinę. Nie było już ucieczki. Cóż, nie pozostawało mu nic innego, jak tylko zebrać w sobie siłę i liczyć, że wspomnienia rodzinnych wyjazdów z dzicz i porannych ćwiczeń zapewni mu zastrzyk adrenaliny. Gdyby Cedric i Cece mnie teraz widzieli, żachnął się Camiś, zabezpieczając wianek i plując we własne dłonie. Spojrzał na nie z lekkim obrzydzeniem. Czy to mu w ogóle pomoże przy wspinaczce?
!wspinamsieT