25.08.2026, 19:46 ✶
Nie znałem tego miejsca, nie wiedziałem, co właściwie znajdowało się za drzwiami, a człowiek, który próbował nas tam zwabić, nie zrobił na mnie najlepszego pierwszego wrażenia, zwłaszcza kiedy zaczął podchodzić zdecydowanie zbyt blisko. Nie musiałem długo patrzeć na tego faceta, żeby dojść do wniosku, że wyjątkowo nie podobało mi się to, w jaki sposób próbował nas wciągnąć do środka, zwłaszcza że z każdą kolejną sekundą coraz bardziej skracał dystans dzielący go od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Nie lubiłem, kiedy obcy ludzie wchodzili mi w przestrzeń, a jeszcze mniej podobało mi się, kiedy robili to komuś stojącemu obok mnie, dlatego odruchowo przeniosłem ciężar ciała na jedną nogę i spojrzałem na nawoływacza chłodniej, niż zapewne wymagała tego sytuacja. Co prawda, nie zrobiłem z tego przedstawienia, nie miałem zamiaru urządzać awantury o kilka kroków za dużo, ale też nie zamierzałem udawać, że tego nie zauważyłem, szczególnie że Prue wyraźnie cofnęła się, kiedy koleś znalazł się tuż przy niej. Nie miałem problemu z tym, że wykonywał swoją pracę, mógł zachwalać lokal, rozdawać ulotki i obiecywać cuda na kiju, jeśli właśnie za to mu płacono, ale istniała pewna granica, której przekraczać nie należało, a ja nie przepadałem za tymi, którzy sprawdzali ją na własnej skórze. Ograniczyłem się jednak do odchrząknięcia i spojrzenia na niego w sposób wystarczająco wymowny, żeby zrozumiał, że kolejnego kroku w naszym kierunku raczej nie powinien był już wykonywać. Niemniej przestrzeń osobista była przestrzenią osobistą, niezależnie od tego, czy ktoś nazywał swoje zachowanie „pracą”, „sprzedażą”, „reklamą” czy jakkolwiek inaczej. Istniała pewna odległość, po której przestawało chodzić o reklamowanie lokalu, a zaczynało o włażenie komuś w paradę.
Ostatecznie, gdy jegomość najwyraźniej zrozumiał przekaz albo po prostu zakończył swoją dzisiejszą wartę i wrócił do wnętrza lokalu, rozluźniłem barki, wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza i odsunąłem się kawałek od wejścia, zostawiając klub za plecami, chociaż kątem oka jeszcze przez moment spoglądałem na drzwi, które zamknęły się za natrętnym pracownikiem.
- Laszej nic nie stlasimy. No, chyba sze masz na to ochotę. - Stwierdziłem, patrząc na Prue z ukosa, bo nie zamierzałem udawać, że moja decyzja była zdecydowana i nieodwołalna tylko dlatego, że nie spodobał mi się jeden człowiek przed drzwiami. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jeszcze raz zerkając na szyld „The Heaven”, po czym wzruszyłem ramionami - nie była to wyjątkowa okazja, która miała się więcej nie powtórzyć, zawsze mogliśmy znaleźć jakieś inne miejsce, przejść jeszcze kilka ulic albo zwyczajnie wrócić do domu.
Nie ruszyłem jednak od razu, bo tamta początkowa ciekawość była wystarczająco silna, żeby zatrzymać mnie jeszcze przez kilka sekund, i prawdę mówiąc, gdybym zobaczył jakiś konkretny powód, żeby wejść do środka, pewnie bym tego nie wykluczył. Sam pomysł wpadnięcia gdzieś na drinka bądź kilka nie wydawał mi się szczególnie zły, nigdy też nie byłem przeciwnikiem sprawdzania miejsc, których wcześniej nie znałem, szczególnie jeśli trafiały się przypadkiem i nie wymagały ode mnie żadnych większych zobowiązań, ale zachowanie nagabywacza skutecznie ochłodziło moją ochotę na natychmiastowe spontaniczne wejście. Miałem wystarczająco dużo doświadczenia z ludźmi, żeby wiedzieć, że pewne rzeczy lepiej było ucinać na początku, zanim ktoś uznał, że skoro pozwoliło mu się na jeden krok, mógł zrobić następne trzy. Przecież Londyn nie kończył się na jednym klubie, wieczór dopiero się zaczynał, a jeżeli jeszcze dziś mogło wydarzyć się coś interesującego, nie zakładałem, że cała ta potencjalna rozrywka została zamknięta właśnie za tymi drzwiami.
Ostatecznie, gdy jegomość najwyraźniej zrozumiał przekaz albo po prostu zakończył swoją dzisiejszą wartę i wrócił do wnętrza lokalu, rozluźniłem barki, wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza i odsunąłem się kawałek od wejścia, zostawiając klub za plecami, chociaż kątem oka jeszcze przez moment spoglądałem na drzwi, które zamknęły się za natrętnym pracownikiem.
- Laszej nic nie stlasimy. No, chyba sze masz na to ochotę. - Stwierdziłem, patrząc na Prue z ukosa, bo nie zamierzałem udawać, że moja decyzja była zdecydowana i nieodwołalna tylko dlatego, że nie spodobał mi się jeden człowiek przed drzwiami. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jeszcze raz zerkając na szyld „The Heaven”, po czym wzruszyłem ramionami - nie była to wyjątkowa okazja, która miała się więcej nie powtórzyć, zawsze mogliśmy znaleźć jakieś inne miejsce, przejść jeszcze kilka ulic albo zwyczajnie wrócić do domu.
Nie ruszyłem jednak od razu, bo tamta początkowa ciekawość była wystarczająco silna, żeby zatrzymać mnie jeszcze przez kilka sekund, i prawdę mówiąc, gdybym zobaczył jakiś konkretny powód, żeby wejść do środka, pewnie bym tego nie wykluczył. Sam pomysł wpadnięcia gdzieś na drinka bądź kilka nie wydawał mi się szczególnie zły, nigdy też nie byłem przeciwnikiem sprawdzania miejsc, których wcześniej nie znałem, szczególnie jeśli trafiały się przypadkiem i nie wymagały ode mnie żadnych większych zobowiązań, ale zachowanie nagabywacza skutecznie ochłodziło moją ochotę na natychmiastowe spontaniczne wejście. Miałem wystarczająco dużo doświadczenia z ludźmi, żeby wiedzieć, że pewne rzeczy lepiej było ucinać na początku, zanim ktoś uznał, że skoro pozwoliło mu się na jeden krok, mógł zrobić następne trzy. Przecież Londyn nie kończył się na jednym klubie, wieczór dopiero się zaczynał, a jeżeli jeszcze dziś mogło wydarzyć się coś interesującego, nie zakładałem, że cała ta potencjalna rozrywka została zamknięta właśnie za tymi drzwiami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)