Cóż, ten „trik”, który Cameronowi kojarzył się przede wszystkim ze sportowcami, przygotowującymi się do wielkiego wyzwania, jakim było np. uniesienie jakiegoś ciężaru lub bieg na 1000 metrów, w najmniejszym stopniu mu nie pomógł. Zaskakujące prawda? Można by pomyśleć, że szczęście się do niego uśmiechnie, skoro na Ostarze poszło mu tak tragicznie podczas zbierania czekoladowych jaj. Nie! Było jeszcze gorzej, bo tutaj świadkami jego porażki były osoby postronne!
Naplucie sobie w ręce tylko wszystko utrudniło. Zanim Lupin w ogóle zrozumiał, jak należy rozłożyć ciężar ciała, aby wspiąć się wyżej niż na trzydzieści centymetrów, w dłoniach miał już kilka drzazg, a te w połączeniu z jego własną śliną rozsmarowaną skórze, sprawiały, że wręcz skręcało go w środku. Czemu nie wziął ze sobą żadnego elikisru dezynfekcyjnego? Ugh, teraz już nic na to nie poradzi!
Widział, że jego „rywale” wspinający się po sąsiednich palach już dawno go wyprzedzili, ale przytulony do drewnianego słupa, nawet się zbytnio nie rozglądał na boki. Okrzyki publiczności mówiły mu wystarczająco. Jakoś przekroczył magiczny półmetek i zaparł się rękami, żeby wziąć głębszy oddech, ale wtedy... Zjechał w dół, pod koniec wręcz spadając na ziemię. Kolejny upadek tego dnia. Eh, to nie był dobry dzień.
Podniósł się żałośnie powoli z ziemi, jednak nie cofnął się. Ba, nawet nie odwrócił się do Heather. Gdyby to jednak zrobił, dostrzegłaby kurwiki wściekłości, które zapłonęły w jego oczach. Chciał tylko jednego: chociaż raz wygrać. Czy to było tak dużo? Tyle przeszedł, tyle się stresował w ostatnich tygodniach, a teraz na drodze do szczęścia stał mu ten... ten... ten pal!? No chyba nie. Dlatego spróbował jeszcze raz, wspinając się dużo agresywniej.
!wspinamsieT