Wood naprawdę ucieszyła się, kiedy zobaczyła Camerona. W końcu był jedną z najbliższych jej osób. Nie mogła lepiej trafić, los sam zesłał jej go pod nogi, wylądował w końcu tuż przed nią.
- Całe szczęście, że nie bolało.- Heath nie odrywała od niego wzroku zachwycona, że pojawił się tutaj zupełnie znienacka. - Noo, super wyszedł, co nie? - Nie ukrywała, że jej również podoba się to dzieło.
Może faktycznie nie był to dobry pomysł. Nie powinna tego od niego wymagać, zrozumiał, że mówi poważnie. - Wiesz, że jeśli nie chcesz, to możesz odpuścić. - Nie sądziła jednak, że to zrobi. Może to był głupi pomysł, bardzo głupi, zważając na to, że Cami nigdy nie angażował się specjalnie w aktywności fizyczne. Wood jednak wierzyła, że magia Beltane zadziała.
Uważnie obserwowała poczynania przyjaciela. Niestety miała rację, mężczyźni, którzy zaczęli wspinać się z nim zdążyli zawiesić wianki na palach, a on w połowie drogi zaczął się z niego ześlizgiwać. Nie dał rady. Była na siebie zła, że w ogóle go o to poprosiła.
Cameron jednak nie odpuścił. Był zdeterminowany, postanowił spróbować ponownie, Heath podeszła bliżej pala, aby móc obserwować to dokładniej. Niestety, tym razem również coś poszło nie tak. Był już blisko, jednak znowu się zsunął, miała wrażenie, że widziała krew, tego było za wiele. Chciała zareagować, jednak on odezwał się pierwszy.
Zrobił sobie z wianku koronę i podjął kolejną próbę. To się nazywało determinacją. Po raz kolejny jednak nie wyszło. Heather Wood podbiegła do pala przy którym stał poobijany Lupin, który przegrał tę walkę - dla niej był jednak zwycięzcą, przytuliła go mocno, tak mocno, jak tylko potrafiła. - Jesteś najlepszy Camiś, nie mogłam lepiej trafić. - Złapała go za rękę, zupełnie nie przeszkadzało jej to, że mu się nie udało.