Brenna
Jako człowiek nie dysponowała absolutnie możliwością poczucia czegoś, co było w tym miejscu tak dawno. Wszystko - cały obiekt w sumie - pachniało podobnie, jak szklarnie Greengrassów, Abbottów czy Sproutów. Ziemia i roślinność, dobarwiona nieco nawozem, czy ewentualną wonią kwiatów, albo przejrzałych owoców. Wychowała się w Dolinie Godryka, znała te zapachy jako człowiek bardzo dobrze.
Ale jako wilk…
…jej nos stał się niebywale wrażliwym receptorem na otaczającą ją woń i miała w podejmowanej przez siebie akcji śledczej podwójne szczęście. Pierwsze to fakt, że nowe perfumy Victorii nie przeszkadzały w robocie. Drugie - to co znajdowało się tutaj wcześniej, było nader intensywne w swojej woni i szczątki tego, okruchy zapachów były możliwe do odseparowania i wytropienia przez jej wilczy nos.
Była to dziwaczna woń. Nieprzyjemna woń. Gryząca, choć przy takim natężeniu przypominało to bardziej ukłucia komarów. Była to też woń orientalna, przywodząca na myśl afrykańską szamankę, która spotkały przed kilkoma tygodniami w zupełnie innej sprawie. Poszukiwana flora wciąż musiała wydzielać nekromantyczną aurę, podbitą nieustannie czarnomagicznym swądem, zupełnie jakby i całkiem niedawno ktoś rzucał tu krzywdzące zaklęcia. Nawet jeśli minęło tu tyle czasu, nawet jeśli dotyczyło to nieożywionej przecież rośliny. Nic dziwnego, że zapach wprawiał z zdziwienie wcześniej Victorię. Nawet po tych okruszkach Brenna mogła określić go mianem bardzo dziwnego. Unikatowego. Obcego.
I tenże zapach realnie zanikał u progu przy drzwiach, ale też co ważniejsze w sumie nigdy do niego nie docierał. Blakł im dalej od miejsca w którym trzymana była roślina. Musiała obejść całą zabezpieczoną przed zaklęciami komnatę by dotrzeć do miejsca w którym to zapachowe cięcie było o wiele gwałtowniejsze bo zatrzymane ścianą. Łeb uderzył o płaską powierzchnię, bo nos sugerował, że ścieżka prowadzi dalej.
Victoria
Obeszła pokój w celu znalezienia czegokolwiek, co mogłoby umknąć niedoświadczonym brygadzistom. Nikt nie mógł do niego wchodzić, chociaż tyle, że zabezpieczyli miejsce, co umożliwiło jej obejrzenie go w możliwie zbliżonym stanie do czasu kiedy ktoś dokonał kradzieży. Wszystko zdawało się normalne, podobne do tego jak wyglądało tu wcześniej. Osprzęt mający pomagać w badaniach gruntu i dbaniu o roślinę. Stół, krzesła dla ogrodników i badaczy. Gdy obchodziła stojak z narzędziami coś zgrzytnęło jej pod butem. Był to stłuczony gliniany kubek. Płyn w którym się znajdował dawno już wsiąkł w kamienie, pozostawiając po sobie tylko kilka wysuszonych liści naparu, a skorupkę można było ułożyć w spójny napis:
an seanmháthair is fearr ar domhan
Tuż obok, pod stojakiem leżała niedokończona, przerwana w połowie robótka szydełkowa. W paternie wykorzystywanym w zgubionej robótce Victoria rozpoznała wzór czerwonych maków, tych samych które miała na swojej chuście stara irlandka pomagająca im podczas badań, gdy rozdzielili się na grupy.