31.08.2026, 21:40 ✶
Helloise chciałaby umieć odpowiedzieć na pytanie zadane przez Lucy. Ona również chciałaby wiedzieć, o co chodzi. W ostatnim czasie jej życie przeistoczyło się w pasmo klątw, których natura zwykle wykraczała poza jej pojmowanie. Rozumiała, że prawdopodobnie znajdowały się w tamtej chwili we śnie, lecz nie wiedziała, jak ze snu uciec ani czym jest istota przed nimi. Nawet więc gdyby jej gardło nie tkwiło w żelaznym uścisku, nie miałaby dla niej słów.
Wiedźma z nadzieją obserwowała kątem oka, jak Lucy rzuca się na mordercę. Poczuła szarpnięcie, gdy Lucy wbiła w niego zęby. Mężczyzna próbował walczyć z wampirzycą, nie wypuszczając jednocześnie swojej ofiary. Helloise nie pozostawała bierna: opierała się, drapała pazurami zaciśnięte na niej łapy, chcąc ujść oprawcy. Wśród tej szamotaniny zaczęło mroczyć ją szarpaną za szyję jak szmacianą kukłę. Pod atakiem wampira ugiął się jednak wreszcie i senny demon. Pokaleczony ugryzieniami, z których sączyła się krew, puścił upatrzoną ofiarę i wyrwał się spod kłów szlachetnej wszy drenującej go z życia. Stolik upadł wraz z nim, zastawa i poczęstunek rozsypały się po wysokich trawach. Upadła również Helloise. Wtedy wróciła w nogach wiedźmy władza, jakby lecące na spotkanie z glebą ciało przypomniało sobie, jak się ratować. Kobieta wylądowała na czworakach. Świszczał jej desperacki oddech, gdy do płuc powracało powietrze.
Nie miała czasu na wytchnienie. Maszkara zaczynała podnosić się z ziemi.
Helloise podążyła instynktownie za głosem Lucy.
Porcelana.
Na oślep wymacała między trawami filiżankę, którą rozbiła o kant stołu. Z szaleńczo bijącym sercem podpełzła do potwora i zamaszystym ruchem wbiła odłamek w jego miękki policzek. Maszkara zawyła, Helloise wycofała się pospiesznie. Wstała i rzuciła Lucy spojrzenie spłoszonego, dzikiego zwierza.
— Chodźmy — ponagliła swoją wybawicielkę-potworzycę o garniturze bielutkich zębów ociekających krwią.
Czarownica nie widziała w tamtej chwili innego wyjścia jak biec. Biec jak najdalej od morderczego stwora. Sen zdawał się nie mieć wyjścia, a bez różdżek były wobec niego bezradne.
Wiedźma z nadzieją obserwowała kątem oka, jak Lucy rzuca się na mordercę. Poczuła szarpnięcie, gdy Lucy wbiła w niego zęby. Mężczyzna próbował walczyć z wampirzycą, nie wypuszczając jednocześnie swojej ofiary. Helloise nie pozostawała bierna: opierała się, drapała pazurami zaciśnięte na niej łapy, chcąc ujść oprawcy. Wśród tej szamotaniny zaczęło mroczyć ją szarpaną za szyję jak szmacianą kukłę. Pod atakiem wampira ugiął się jednak wreszcie i senny demon. Pokaleczony ugryzieniami, z których sączyła się krew, puścił upatrzoną ofiarę i wyrwał się spod kłów szlachetnej wszy drenującej go z życia. Stolik upadł wraz z nim, zastawa i poczęstunek rozsypały się po wysokich trawach. Upadła również Helloise. Wtedy wróciła w nogach wiedźmy władza, jakby lecące na spotkanie z glebą ciało przypomniało sobie, jak się ratować. Kobieta wylądowała na czworakach. Świszczał jej desperacki oddech, gdy do płuc powracało powietrze.
Nie miała czasu na wytchnienie. Maszkara zaczynała podnosić się z ziemi.
Helloise podążyła instynktownie za głosem Lucy.
Porcelana.
Na oślep wymacała między trawami filiżankę, którą rozbiła o kant stołu. Z szaleńczo bijącym sercem podpełzła do potwora i zamaszystym ruchem wbiła odłamek w jego miękki policzek. Maszkara zawyła, Helloise wycofała się pospiesznie. Wstała i rzuciła Lucy spojrzenie spłoszonego, dzikiego zwierza.
— Chodźmy — ponagliła swoją wybawicielkę-potworzycę o garniturze bielutkich zębów ociekających krwią.
Czarownica nie widziała w tamtej chwili innego wyjścia jak biec. Biec jak najdalej od morderczego stwora. Sen zdawał się nie mieć wyjścia, a bez różdżek były wobec niego bezradne.
dotknij trawy