– Potrzebujesz, żeby cię potrzymać za rękę? – zapytała lekko zaczepnie, próbując być może chociaż odrobinę rozładować ewentualne napięcie, które mogło narosnąć w Brennie (Victoria miała jednak nadzieję, że nic takiego nie miało miejsca).
W momencie, gdy Brenna węszyła pod postacią wilczycy, Victoria krążyła po pomieszczeniu, szukając jakichkolwiek śladów, które mogłyby zostać tutaj przeoczone przez niedoświadczonych brygadzistów. Prawdę powiedziawszy, to nie liczyła na wiele, ale obowiązek nakazywał przejrzenie tego na własną rękę. Większość tego pomieszczenia rzeczywiście nie wyglądała ani trochę podejrzanie, raczej tak jak go zapamiętała (chociaż to było kilka miesięcy temu i szczegóły z pewnością zdążyły jej umknąć). I… pewnie by nic nie zauważyła, gdyby nie to, że nadepnęła na coś, co zgrzytnęło nieprzyjemnie pod podeszwą, więc zaraz cofnęła nogę i zmarszczywszy brwi, kucnęła, by zobaczyć, co jest grane.
Kubek – a raczej jego kawałki, rozrzucone w niewielkiej odległości od siebie na podłodze, niczym ta układanka. I w innych warunkach najpewniej zdziwiłaby się, że nikt tego nie zauważył i nie posprzątał, ale w obecnych… Wyciągnęła z kieszeni rękawiczki, które nałożyła na dłonie, bo choć sądziła, że to może być nic, to i tak warto to było sprawdzić. A przynajmniej tak mówiła jej intuicja. Zapamiętała, gdzie leżały kawałki kubka, gdyby okazało się to istotne do odtworzenia i po chwili złapała w ręce te większe, przykładając je do siebie i oglądając dookoła. Ceramiczne puzzle ułożyły się w napis, który nic jej nie mówił, ale i tak przeczytała to na głos:
– An seanmháthair is fearr ar domhan – kaleczyła to z pewnością, bo nie umiała Irlandzkiego… Bo to chyba był irlandzki? Odłożyła kawałki na ziemię i dotknęła wysuszonej kupki liści, wzięła je w dłoń, przejechała palcami, rozpoznając, że to musiał być jakiś konkretny napar zaparzony prawdopodobnie w tym kubku…
I co, nikt go nie podniósł? Został tak przez prawdopodobnie tygodnie, skoro pomieszczenie było zabezpieczone? Lestrange nadal kucając, rozejrzała się jakoś uważniej po suficie i ścianach, szukając tam jakiejś odpowiedzi, ale wtedy właśnie, gdy tak wodziła wzrokiem, dostrzegła obok stojak. A pod nim… włóczkę, szydełko i nieskończony wzór czegoś… wyciągnęła po to rękę – w maki.
Maki. Maki, maki, maki.
– Dzięki – odpowiedziała (niektóre kobiety w nowym rozdziale swojego życia ścinały włosy, a Victoria… zmieniła perfumy), nie odwróciwszy się jednak do Brenny, bo ciągle kucała przed swoim znaleziskiem, z niedokończoną robótką w rękach, oglądała ją… – Z tego, co mi wiadomo, no to pielęgnowano je zupełnie standardowo. Tyle że minerały z ziemi wyciągały w zastraszającym tempie, tak że… chyba po niecałym miesiącu ziemia była kompletnie jałowa i trzeba ją było wymienić? – nie wiedziała nic o podlewaniu krwią i nawożeniu zwłokami… Ale zrozumiała aluzję. Podniosła się w końcu, wciąż trzymając wełnianą robótkę w ręce, złapała jeszcze kawałki kubka, i zaraz odłożyła wszystko na jeden ze stołów, który znajdował się pod ścianą, upewniwszy się jednak, że jest pusty. – Przy ścianie? – upewniła się, ponownie marszcząc brwi i sięgnęła po swoją różdżkę.
Zbliżyła się do Brenny i przyjrzała ścianie, aż w końcu machnęła różdżką, próbując rozproszyć magię… o ile jakaś tutaj była.
// Rozpraszanie ◉◉◉◉○
Sukces!