Nie chciała wchodzić w konflikt z prawem w Wielkiej Brytanii, tym bardziej, że wcale nie musiała. Byli tutaj z dobroci serca – naprawdę! Bo może… tylko może… istniał jakiś ułamek szans, że ktoś w tym domu jednak przeżył? Kto potrzebował natychmiastowej pomocy medycznej? Guinevere serce stanęło na moment, gdy zobaczyli bałagan na parterze, bo jeśli tak wyglądało tam, to czy ktokolwiek mógł to faktycznie przeżyć? Ale nie traciła nadziei, nawet jeśli była ona niewielka, a serce się ściskało. Dla jej dziadka oglądanie tego chyba również nie było proste, a przeżył przecież znacznie więcej i widział różne rzeczy… w tym rebelię Grindelwalda.
Wyszli z budynku rzeczywiście powoli – nie dało się zresztą za bardzo inaczej, zważywszy na ogólny bałagan, jaki tam panował, oraz że szli po ciemku, nawet korzystając z możliwości, jakie dawała im animagiczna forma pośrednia. Bo owszem, widzieli w tym półmroku, ale dzięki temu po prostu żadne się nie wywróciło.
– Jestem uzdrowicielem – powiedziała od razu i miała nadzieję, że młody auror szybko połączy wątki, dlaczego tam byli. Bo chcieli pomóc… o ile jeszcze komuś pomóc się tutaj dało.
– Jestem Malcolm McGonagall, a to moja wnuczka. Mieszkamy niedaleko. Zjawiliśmy się tu już po ataku, tej paskudnej czaszki nie da się nie widzieć, zwłaszcza z tamtego wniesienia – starszy czarodziej kiwnął głową w kierunku, gdzie za polami i drzewami, w oddaleniu i odosobnieniu znajdowała się Ostoja dla zwierząt prowadzona przez ich rodzinę. – Znałem Brownów – dodał już ciszej, wpatrując się tymi nienaturalnymi oczami prosto w Atreusa. Ginny czuła, że dziadkowi trudno jest zapanować nad emocjami, wtrąciła się więc do rozmowy.
– Pewnie byśmy się nie zorientowali że cokolwiek się dzieje, ale zwierzęta zaczęły się dziwnie zachowywać. Niespokojnie. Obudziły nas – wyznała. – Czy możemy już opuścić ręce?