19.03.2023, 13:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2023, 14:00 przez Leta Crouch.)
Dokładnie tak to działało – im większy pojawiał się nacisk, tym większy pojawiał się opór. Nawet jeśli chodziło wyłącznie o zajęcie się sobą – choć tak po prawdzie musiała przecież zdawać sobie sprawę z tego, iż zatroszczenie się o własne ciało to coś wręcz koniecznego.
Choćby z tego względu, że sińce najzwyczajniej w świecie po prostu irytowały. A jednak z jakiegoś powodu – zapewne bezsensownego – odkładała to.
- Niech będzie – skwitowała krótko. W istocie, coś w tym było – sama niekoniecznie mogłaby sobie życzyć rozpowiadania na prawo i lewo, że oto została zaatakowana we śnie, we własnym łóżku i ledwo się z tego udało wykaraskać. Jakie więc miała prawo żądać, żeby niezwłocznie, na złotym talerzu, podał jej tożsamość tego… kogoś?
Jedno w tym wszystkim było pewne: legalne drogi nie wchodziły w ogóle w grę, jeśli mieli dopiąć celu w dokładnie taki sposób, jak podszeptywały im ich natury. Pewnie, zapewne można by było udać się do odpowiednich władz, poopowiadać i niech oni już tam szukają delikwenta, prawda? Tyle że to rozwiązanie nie przyniosłoby satysfakcji.
Dość ironiczne, patrząc na to, iż wywodziła się z Crouchów; rodziny, która z prawa uczyniła swą broń. Rodziny lawirującej pomiędzy wszelkimi zapisami. Ona sama coś? Wychodziła całkowicie poza nie.
- Bardziej miałam na myśli ten cały senny misz-masz. Zabrać tu, tam, stworzyć razem? To brzmi… sama nie wiem – żachnęła się i w końcu machnęła ręką – Zresztą cholera wie, jak to działa – podsumowała w końcu. Specjalizowała się wszak w zgoła innych rzeczach, nie zaś świecie, do którego wkraczało się po zamknięciu oczu. Jednocześnie wspaniałym, jak i przepełnionym koszmarami.
Odpowiedzią na przytyk był jedynie nieco kpiący uśmiech – choć sytuacja jako taka właściwie nie nastrajała do jakichkolwiek żartów.
- Poślę – obiecała krótko, ponownie sięgając dłonią do gardła. Skinęła też głową – w istocie. Resztę ustalą później.
A potem rozpocznie się wielkie polowanie.
Choćby z tego względu, że sińce najzwyczajniej w świecie po prostu irytowały. A jednak z jakiegoś powodu – zapewne bezsensownego – odkładała to.
- Niech będzie – skwitowała krótko. W istocie, coś w tym było – sama niekoniecznie mogłaby sobie życzyć rozpowiadania na prawo i lewo, że oto została zaatakowana we śnie, we własnym łóżku i ledwo się z tego udało wykaraskać. Jakie więc miała prawo żądać, żeby niezwłocznie, na złotym talerzu, podał jej tożsamość tego… kogoś?
Jedno w tym wszystkim było pewne: legalne drogi nie wchodziły w ogóle w grę, jeśli mieli dopiąć celu w dokładnie taki sposób, jak podszeptywały im ich natury. Pewnie, zapewne można by było udać się do odpowiednich władz, poopowiadać i niech oni już tam szukają delikwenta, prawda? Tyle że to rozwiązanie nie przyniosłoby satysfakcji.
Dość ironiczne, patrząc na to, iż wywodziła się z Crouchów; rodziny, która z prawa uczyniła swą broń. Rodziny lawirującej pomiędzy wszelkimi zapisami. Ona sama coś? Wychodziła całkowicie poza nie.
- Bardziej miałam na myśli ten cały senny misz-masz. Zabrać tu, tam, stworzyć razem? To brzmi… sama nie wiem – żachnęła się i w końcu machnęła ręką – Zresztą cholera wie, jak to działa – podsumowała w końcu. Specjalizowała się wszak w zgoła innych rzeczach, nie zaś świecie, do którego wkraczało się po zamknięciu oczu. Jednocześnie wspaniałym, jak i przepełnionym koszmarami.
Odpowiedzią na przytyk był jedynie nieco kpiący uśmiech – choć sytuacja jako taka właściwie nie nastrajała do jakichkolwiek żartów.
- Poślę – obiecała krótko, ponownie sięgając dłonią do gardła. Skinęła też głową – w istocie. Resztę ustalą później.
A potem rozpocznie się wielkie polowanie.
297/2050
Koniec sesji