05.09.2026, 00:58 ✶
noc z 25.10. na 26.10.1972, gdzieś na zadupiu we Francji
Szedłem przez rozmokłą połać terenu, chyba tylko z czystej ironii nazywaną przez lokalsów „drogą”, zapadając się butami w błoto, które z każdym krokiem próbowało zatrzymać mnie na zawsze w jednym miejscu, czemu zdecydowanie pomagało to, że byłem ciężki, więc zostawiałem głębokie ślady - ciężki i zdecydowanie ospały - próbowałem nie myśleć o tym, że kilka godzin wcześniej znajdowałem się w miejscu posiadającym dach, ściany oraz przynajmniej teoretyczną możliwość rozpalenia kominka, o ile akurat drewno zostało przeze mnie narąbane. Teraz miałem nad głową wyłącznie czarne, bezgwiezdnej niebo, po lewej i prawej stronie pola i góry ciągnące się aż do niewidocznego horyzontu, a przed sobą trasę, której końca nie było widać nawet wtedy, gdy bardzo chciałem go zobaczyć. Mapa przestała być użyteczna mniej więcej dwadzieścia minut temu, kompas zachowywał się bezsensownie, natomiast różdżka, której próbowałem użyć do rozświetlenia drogi, dawała światło tak nędzne, że równie dobrze mogłem nieść kaganek, niczym wiktoriańska sierota, albo przywiązać sobie do nosa świeczkę. Minęliśmy jeszcze bardziej zarośnięty rów, potem drewniany słupek z wyblakłym oznaczeniem, którego nie potrafiłem odczytać, a chwilę później drogę przecięła nam niespodziewanie szeroka rzeka znajdująca się na dole ostrej skarpy, na której widok bez słowa podszedłem bliżej brzegu spadku, oświetliłem wodę w wyrwie różdżką i przez chwilę w milczeniu przyglądałem się kamieniom pod powierzchnią. Nie było mostu, była za to kładka, wąska, spróchniała i wyglądająca tak, jakby ostatni człowiek, który z niej korzystał, zmówił paciorek I zostawił testament przed wejściem. Przez chwilę rozważałem możliwość znalezienia innego przejścia, ale alternatywa oznaczała zejście jeszcze głębiej w pole, następnie przedzieranie się przez mokre krzaki i prawdopodobnie zgubienie drogi po raz kolejny, być może tylko po to, aby na sam koniec znowu napotkać ten sam problem pod postacią głębokiego koryta zawijającego kilkadziesiąt mil dalej. Oczywiście, mogliśmy spróbować teleportować się na drugą stronę, lecz żadne z nas nie miało pewności, co kryło się w ciemnościach przed nami - kładka miała tę przewagę, że prowadziła dokładnie tam, gdzie teoretycznie chcieliśmy się znaleźć, a jednocześnie odrobinę eliminowała możliwość nagłego znalezienia się w czyjejś paszczy.
- Pozwolisz, sze tym lasem panie nie pójdą pszodem… - Odezwałem się przez ramię, samowolnie decydując się podjąć taką, nie inną decyzję, z wiadomych nam przecież obojgu względów - byłem cięższy, bardziej zbity, miałem grubsze kości i doświadczenie w dochodzeniu do siebie po zostaniu zabawką do rzucania dla wilkołaka, i chociaż niespecjalnie widziała mi się kąpiel, zwłaszcza bez światła księżyca i w towarzystwie kuzynki, jeszcze mniej chciałem ją wydobywać z dna.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)