06.09.2026, 16:14 ✶
16.10.1972 WIECZÓR - OSTOJA DLA ZWIERZĄT
Stała rozglądając się badawczo po pomieszczeniu, do którego zaprowadziła ją Guinevere. Pora była wieczorna. Ściemniało się już kiedy podchodziła do lądowania. Z zadowoleniem odkrywała, że częste loty ostatnich tygodni przywracały jej szybko dawną wprawę i zuchwałość w obsłudze miotły. Ten lot nie był daleki ale pozostawił na niej wyraźny ślad powolnej zmiany pór roku. Cera wydawała się jeszcze bledsza niż zazwyczaj co sprawiało, że zaczerwienione chłodem poliki i czubek smukłego nosa nadawały jej wyjątkowo sympatyczne wrażenie.
Poprawiła wiszącą na ramieniu torbę i niewielki, poręczny pakunek, który do niedawna był długim drągiem miotły. Skomplikowany mechanizm sprężyn i zębatek jak zwykle okazywał się nader praktyczny. Z zadowoleniem przyjęła fakt, że tym razem niemal nie przerywając lotu na lądowanie, przeszła płynnie w marsz składając miotłę. Niemal jakby znowu była nastolatką.
Nawet ubranie nosiła z poprzedniej epoki. Poza szarym miotlarskim płaszczem, którego rozpięte obecnie luźne poły odsłaniały znajdującą się pod spodem szatę. Czarny dopasowany kaftan sznurowany po bokach, z koronką przypominającą pajęczynę wspinającą się z obojczyków na szyję nosiła ostatnio, jak miała niewiele więcej niż dwadzieścia lat. Dobrała nawet starą srebrną, owalną broszkę z kilkoma ametystami, która z daleka wydawać się mogła lśniącym pająkiem.
Kaftan płynnie przechodził w czarną, długą spódnicę na której matowym materiale pyszniły się obsydianowo lśniące hafty. Ich symetryczny, zorganizowany wzór układał się w wielką pajęczynę, która łączyła się w gęstych, lśniących sznurach owiniętych w równym oplocie dokoła tali. Swego czasu popularny styl wśród młodych czarownic pewnych "mrocznych" kręgów.
Eliksiry i opatrunki pomogły ale nadal w ruchach, w tym jak obracała ciałem dało się dostrzec pewną sztywność wywołaną bandażami, które zabezpieczały żebra oraz samym faktem, że jeszcze się goiły. Mimo to krok miała już sprężysty i z gracja poruszała się na wysokich obcasach swoich sznurowanych kozaków.
Pobieżnie obejrzawszy pomieszczenie powróciła uwagom do egzotycznej rozmówczyni. Nie była pewna kiedy Anthony podał jej personalia ale teraz nie mogła mieć wątpliwości. Utrzymywała na zmarzniętej twarzy sympatyczny wyraz uprzejmego zainteresowania. Delikatny uśmiech rozciągał czerwone usta. - Wybacz proszę oficjalny ton moich wiadomości. Nie spodziewała się zastać Cię w tych szarych, niebezpiecznych okolicach. - Powolnym ruchem zdjęła spiczasty kapelusz. Trzymając go za krawędź ronda opuściła go razem z ręką swobodnie wzdłuż ciała. Długi, ciasno zapleciony warkocz, jak wąż leniwie rozwinął się z głowy. Powoli końcówka opadła na ramię i podążyła wzdłuż pleców do pasa dopiero kiedy ciężar pozostałych zwojów pociągnął ją na plecy. Zakręciła delikatnie głową wprawiając warkocz w miarowe kołysanie.
- Co skusiło Cię do przybycia w te rejony jeżeli mogę spytać? - Zapytała dopełniając wymogów kurtuazji i sięgając po zaspokojenie własnej ciekawości.