Wczoraj, 11:27 ✶
Nie winiła go za swoją śmierć, nie bezpośrednio. Winą, którą go piętnowała, były widma i zachwiana w przyrodzie równowaga. Winę tę rozkładała pomiędzy wszystkich Śmierciożerców i nie widziała dla żadnego z nich rozgrzeszenia, dopóki las pozostawał pod władzą przebudzonych przez nich demonów. Bogini jedna wiedziała, jakie zniszczenia siały te nieczyste stworzenia w Kniei. Bogini jedna znała skalę tej szkody.
Śmierć można było wybaczyć. Pogwałcenie spokoju i równowagi świętych miejsc kultu — nie. Louvain i Czarny Pan bluźnili przeciwko czemuś większemu niż marne życie Helloise. Występowali przeciwko łączącym wszystkich magów korzeniom wijącym się przez wieki magicznej tradycji. Dzieło Voldemorta stało w opozycji do spuścizny przodków i kultu bogów, których wiedźma czciła.
Mgła gęstniała przed Louvainem, lecz Helloise nie widziała w niej niczego poza mlecznobiałym obłokiem. Nie powrócili do niej we śnie jej zmarli, bo w tym przypominającym koszmar majaku nie było miejsca na tych, którzy odeszli dawno i w spokoju. Żadna ofiara nie zginęła zaś z ręki Helloise. Kobieta obserwowała więc gęstnienie mgły z cichym sumieniem. I uśmiech tylko rósł na jej twarzy, gdy patrzyła, jak opary zdają się pochłaniać umysł Śmierciożercy, jak ten na oślep rusza przed siebie.
— Sądzisz, że po śmierci można cokolwiek zamierzać? — zaśmiała się zza jego pleców, jakby powiedział coś niemądrego. — Że będziesz mógł o czymś zdecydować?
Tak jak nie czuła w krainie śmierci strachu przed tym człowiekiem, tak nie czuła strachu również przed czarnymi istotami, które z mrożącym krew w żyłach skowytem zaczęły wyłaniać się spomiędzy gęstej roślinności. Podchodziły bliżej, bliżej, bliżej, a w Helloise narastał tylko złośliwy chichot i podniecenie. Czerpała przyjemność z lęku Lestrange’a, karmiła się jego pełnymi napięcia bojowymi postawami.
— Nie przygotowuję się na nic. One są tu po ciebie, nie po mnie — syknęła ze złą satysfakcją.
Nie szukała własnej różdżki. Nie próbowała ani uciekać, ani mu pomagać. Położyła zimne ręce na ramionach Louvaina i popchnęła go w stronę hordy czworonożnych bestii, nie mogąc doczekać się ich ucztowania. Nie mogąc doczekać się, aż sama dołączy do tego kręgu padlinożerców i jak łasa hiena oderwie mięso od kości Lestrange’a.
Czerń, którą zaraził czarownicę Louvain, wspinała się po jej rękach wyżej i wyżej. Ramiona wydłużały się, palce urastały w krzywe szpony. Na twarz padały cienie, które stopniowo zacierały ludzkie rysy na obliczu Helloise.
Louvain Lestrange widział w niej potencjał do przepoczwarzenia w potwora, lecz czy potrafiłby się z tym potworem zmierzyć?
Śmierć można było wybaczyć. Pogwałcenie spokoju i równowagi świętych miejsc kultu — nie. Louvain i Czarny Pan bluźnili przeciwko czemuś większemu niż marne życie Helloise. Występowali przeciwko łączącym wszystkich magów korzeniom wijącym się przez wieki magicznej tradycji. Dzieło Voldemorta stało w opozycji do spuścizny przodków i kultu bogów, których wiedźma czciła.
Mgła gęstniała przed Louvainem, lecz Helloise nie widziała w niej niczego poza mlecznobiałym obłokiem. Nie powrócili do niej we śnie jej zmarli, bo w tym przypominającym koszmar majaku nie było miejsca na tych, którzy odeszli dawno i w spokoju. Żadna ofiara nie zginęła zaś z ręki Helloise. Kobieta obserwowała więc gęstnienie mgły z cichym sumieniem. I uśmiech tylko rósł na jej twarzy, gdy patrzyła, jak opary zdają się pochłaniać umysł Śmierciożercy, jak ten na oślep rusza przed siebie.
— Sądzisz, że po śmierci można cokolwiek zamierzać? — zaśmiała się zza jego pleców, jakby powiedział coś niemądrego. — Że będziesz mógł o czymś zdecydować?
Tak jak nie czuła w krainie śmierci strachu przed tym człowiekiem, tak nie czuła strachu również przed czarnymi istotami, które z mrożącym krew w żyłach skowytem zaczęły wyłaniać się spomiędzy gęstej roślinności. Podchodziły bliżej, bliżej, bliżej, a w Helloise narastał tylko złośliwy chichot i podniecenie. Czerpała przyjemność z lęku Lestrange’a, karmiła się jego pełnymi napięcia bojowymi postawami.
— Nie przygotowuję się na nic. One są tu po ciebie, nie po mnie — syknęła ze złą satysfakcją.
Nie szukała własnej różdżki. Nie próbowała ani uciekać, ani mu pomagać. Położyła zimne ręce na ramionach Louvaina i popchnęła go w stronę hordy czworonożnych bestii, nie mogąc doczekać się ich ucztowania. Nie mogąc doczekać się, aż sama dołączy do tego kręgu padlinożerców i jak łasa hiena oderwie mięso od kości Lestrange’a.
Czerń, którą zaraził czarownicę Louvain, wspinała się po jej rękach wyżej i wyżej. Ramiona wydłużały się, palce urastały w krzywe szpony. Na twarz padały cienie, które stopniowo zacierały ludzkie rysy na obliczu Helloise.
Louvain Lestrange widział w niej potencjał do przepoczwarzenia w potwora, lecz czy potrafiłby się z tym potworem zmierzyć?
dotknij trawy