Istniała szansa, że Mirabella rzeczywiście będzie miała jakieś pojęcie o tym, czyj to kubek został tutaj zbity i nigdy nieposprzątany. Chwilowo jednak sprawa kubka została odłożona, bo istotniejsze było, że faktycznie chyba już znały odpowiedź na to, jak złodzieje wyszli stąd przez nikogo niezauważeni, do czasu aż Mirabella zorientowała się, że po mandragorach nie ma śladu.
– Nie wykluczam tego… To znaczy… No to jest dziwne, że nikt tego nie sprzątnął. Nawet zioła z naparu nadal tutaj są – jasne, mogło to mieć miejsce podczas Spalonej… ale tutaj wokół siedziby Towarzystwa chyba nic nie spłonęło, bo by o tym wiedzieli, więc to chyba nie było to?
Przyglądała się jeszcze przez chwilę szczątkom kubka i tej niedokończonej robótce na szydełku, gdy Brenna zaczęła wyciągać świece i układać je w odpowiednich miejscach.
– Mam wrażenie, że już gdzieś widziałam ten wzór – powiedziała, oddając Brennie te przedmioty, których potrzebowała do rytuału, a sama, gdy przyjaciółka już się usadowiła na środku okręgu wytyczonego przez świece, ponownie wyciągnęła różdżkę. – Oczywiście. Będzie dobrze, Brenn – uśmiechnęła się do brunetki i różdżką, niemalże jak zapałką, zaczęła po kolei odpalać te świece, a gdy już to było zrobione, to odsunęła się na dwa kroki, nie spuszczając jednak wzroku z Longbottom, by w razie czego móc zareagować, gdyby zaczęło się dziać coś złego.
– Wszystko w porządku? – zapytała po jakimś czasie, nie od razu jednak, nie chcąc przerywać skupienia Brenny, a dopiero, gdy zauważyła, że ta nie wygląda już jak wtedy, gdy jest w trakcie transu.